Od chomika elektronicznych śmieci i gadżetów do lepszego (minimalistycznego) jutra
piątek, 11 sierpnia 2017
wtorek, 1 sierpnia 2017
Zapuścił się żem, bo URLOP
Ło matko ale się żem zapuścił. Byłem na urlopie, to i zapomniałem o pisaniu, widocznie tak musi być. A skoro już mowa o urlopie, to może warto trochę zgłębić tę tematykę. Jak minimalista spędza urlop? Właściwie to nie wiem, ale mogę wam powiedzieć jak ja to robię. Prawie wszystkiego co wiem o technologii urlopów nauczyła mnie Najlepsza Żona(TM), która niczym Wielki Wódz już wcześniej wiedziała czym to się je. Oto więc kilka wskazówko-ględzeń:
1. Pakowanie. Wielu ludzi strasznie się przejmuje pakowaniem i zabiera ze sobą tyle rzeczy, że trzeba grać w ostry tetris w bagażniku. Najlepsza Żona(TM) nauczyła mnie natomiast, że warto się pakować lekko. Czy naprawdę na urlopie potrzebne jest żelazko, komputer, pięć par spodni, sześć scyzoryków, siedem kompletów sztućców, zestaw desek do krojenia i garnków? No, może jeżeli się jedzie na jakąś srogą Syberię, żeby już tam zostać. Ale na weekend do cywilizowanych krajów? Litości. My się mieścimy na weekend w jedną małą walizeczkę na kółkach, plus ew. plecak na tablet, książki, gry i ładowarki i torba na żarcie, którego nie chcemy zostawiać w lodówce. Na dłuższą podróż jeszcze nam się nie zdarzyło zapakować bardziej niż w dwie takie walizki. Nigdy nie wykupujemy dużego bagażu w samolotach. I przysięgam, jeszcze nigdy nie usiedliśmy myśląc "kurde, jak żałujemy, że nie wzięliśmy wielkiej walizy do której moglibyśmy napchać rzeczy, których nam teraz tak bardzo brakuje". Co do brania ze sobą komputera - jeszcze nigdy nie potrzebowałem na urlopie laptopa, srajpad w zupełności do wszystkiego starcza. I dobrze się na nim ogląda Netflixa.
2. Transport. Tanie loty i inne okazje to nasz przyjaciel. Mamy znajomego, który twierdzi, że lot do Stanów to co najmniej 2000 zł w jedną stronę (od osoby), a ceny hoteli na miejscu zaczynają się od 300$. Nie wiem, czy my naszą determinacją zakrzywiamy rzeczywistość, ale polecieliśmy za ok. 1000 zł w dwie strony (od osoby) i najdroższy hotel, w jakim mieszkaliśmy kosztował ok. 35$. W centrum Las Vegas. BTW, parki narodowe USA to niesamowite miejsca przerastające nędzne wyobrażenia europejskiego człowieka. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.
3. Zwiedzanie. Ludzie są różni. My akurat nie jesteśmy zwolennikami wstawania o szóstej rano i jak najszybszego odhaczania po kolei zabytków biegając po mieście z zaciśniętymi zębami (i pośladami). Od "oficjalnych" zabytków i muzeów, w których często są dzikie tłumy ludzi, wolimy często pójść w jakąś boczną uliczkę, zatrzymać się w jakiej lokalnej kawiarence, popatrzeć na domeczki i popróbować miejscowej kuchni. Disclaimer: znamy osoby, które lubią biegać po zabytkach, ale im to sprawia radość i robią to bez zaciśniętych zębów i pośladów. I rest my case.
4. Pułapki na turystów. Termin ten wziąłem z bloga mojego idola, Mr Money Mustache. Pułapka na turystów to miejsce, w którym na każdym rogu czyha na nas okazja do wywalenia pieniędzy. Są one najczęściej zastawiane na standardową urlopującą rodzinę (Seba, Karyna i ich dzieci - Brajan i Dżenifer), której wydaje się, że dobre wakacje to spędzenie 2 tygodni w drogim hotelu i szwendając się bez celu po okolicy, ale nie oddalając się za bardzo. Obejmują różne "parki rozrywki", w których za wszystkie "atrakcje" trzeba słono zapłacić i wszędzie serwują za drogie i parszywe przekąski i słodycze. Upierdliwych sprzedawców oferujących irytujące świecące gówna, które zwłaszcza w nocy szpecą krajobraz. Knajpy, w których można zjeść drogo w tłumie ludzi. W skrócie, miejsca nastawione na maksymalne wyssanie portfeli przyjezdnych. Nie muszę chyba dodawać, że znakomita większość rzeczy, które w pułapkach możemy nabyć wcale nie zapewni nam cudownych, niezapomnianych wakacji. Rozwiązanie tego problemu jest jednak dziecinnie proste: wystarczy tam nie chodzić. Każda miejscowość, w której są pułapki na turystów, zawiera również miejsca tych pułapek pozbawione. Z kolei w Polsce nie ma takich pułapek na szczęście aż tak dużo, występują głównie nad morzem i w Zakopcu. Jeżeli już się zapuszczamy w takie miejsca, warto cały czas pamiętać, gdzie się znajdujemy. Po odpowiedniej praktyce przestaną na nas działać.
4. Stres. Na wakacje się jedzie, żeby się NIE stresować. Wiele osób zdaje się o tym zapominać. Nieważne, czy zdążymy, czy dojdziemy, czy wpuszczą, czy otwarte. Zawsze jest coś innego, co można zrobić zamiast.
5. Straszliwy międzywymiarowy wombat zamierza pożreć Układ Słoneczny. Tylko sprawdzam, czy jeszcze nie śpicie.
1. Pakowanie. Wielu ludzi strasznie się przejmuje pakowaniem i zabiera ze sobą tyle rzeczy, że trzeba grać w ostry tetris w bagażniku. Najlepsza Żona(TM) nauczyła mnie natomiast, że warto się pakować lekko. Czy naprawdę na urlopie potrzebne jest żelazko, komputer, pięć par spodni, sześć scyzoryków, siedem kompletów sztućców, zestaw desek do krojenia i garnków? No, może jeżeli się jedzie na jakąś srogą Syberię, żeby już tam zostać. Ale na weekend do cywilizowanych krajów? Litości. My się mieścimy na weekend w jedną małą walizeczkę na kółkach, plus ew. plecak na tablet, książki, gry i ładowarki i torba na żarcie, którego nie chcemy zostawiać w lodówce. Na dłuższą podróż jeszcze nam się nie zdarzyło zapakować bardziej niż w dwie takie walizki. Nigdy nie wykupujemy dużego bagażu w samolotach. I przysięgam, jeszcze nigdy nie usiedliśmy myśląc "kurde, jak żałujemy, że nie wzięliśmy wielkiej walizy do której moglibyśmy napchać rzeczy, których nam teraz tak bardzo brakuje". Co do brania ze sobą komputera - jeszcze nigdy nie potrzebowałem na urlopie laptopa, srajpad w zupełności do wszystkiego starcza. I dobrze się na nim ogląda Netflixa.
2. Transport. Tanie loty i inne okazje to nasz przyjaciel. Mamy znajomego, który twierdzi, że lot do Stanów to co najmniej 2000 zł w jedną stronę (od osoby), a ceny hoteli na miejscu zaczynają się od 300$. Nie wiem, czy my naszą determinacją zakrzywiamy rzeczywistość, ale polecieliśmy za ok. 1000 zł w dwie strony (od osoby) i najdroższy hotel, w jakim mieszkaliśmy kosztował ok. 35$. W centrum Las Vegas. BTW, parki narodowe USA to niesamowite miejsca przerastające nędzne wyobrażenia europejskiego człowieka. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.
3. Zwiedzanie. Ludzie są różni. My akurat nie jesteśmy zwolennikami wstawania o szóstej rano i jak najszybszego odhaczania po kolei zabytków biegając po mieście z zaciśniętymi zębami (i pośladami). Od "oficjalnych" zabytków i muzeów, w których często są dzikie tłumy ludzi, wolimy często pójść w jakąś boczną uliczkę, zatrzymać się w jakiej lokalnej kawiarence, popatrzeć na domeczki i popróbować miejscowej kuchni. Disclaimer: znamy osoby, które lubią biegać po zabytkach, ale im to sprawia radość i robią to bez zaciśniętych zębów i pośladów. I rest my case.
4. Pułapki na turystów. Termin ten wziąłem z bloga mojego idola, Mr Money Mustache. Pułapka na turystów to miejsce, w którym na każdym rogu czyha na nas okazja do wywalenia pieniędzy. Są one najczęściej zastawiane na standardową urlopującą rodzinę (Seba, Karyna i ich dzieci - Brajan i Dżenifer), której wydaje się, że dobre wakacje to spędzenie 2 tygodni w drogim hotelu i szwendając się bez celu po okolicy, ale nie oddalając się za bardzo. Obejmują różne "parki rozrywki", w których za wszystkie "atrakcje" trzeba słono zapłacić i wszędzie serwują za drogie i parszywe przekąski i słodycze. Upierdliwych sprzedawców oferujących irytujące świecące gówna, które zwłaszcza w nocy szpecą krajobraz. Knajpy, w których można zjeść drogo w tłumie ludzi. W skrócie, miejsca nastawione na maksymalne wyssanie portfeli przyjezdnych. Nie muszę chyba dodawać, że znakomita większość rzeczy, które w pułapkach możemy nabyć wcale nie zapewni nam cudownych, niezapomnianych wakacji. Rozwiązanie tego problemu jest jednak dziecinnie proste: wystarczy tam nie chodzić. Każda miejscowość, w której są pułapki na turystów, zawiera również miejsca tych pułapek pozbawione. Z kolei w Polsce nie ma takich pułapek na szczęście aż tak dużo, występują głównie nad morzem i w Zakopcu. Jeżeli już się zapuszczamy w takie miejsca, warto cały czas pamiętać, gdzie się znajdujemy. Po odpowiedniej praktyce przestaną na nas działać.
4. Stres. Na wakacje się jedzie, żeby się NIE stresować. Wiele osób zdaje się o tym zapominać. Nieważne, czy zdążymy, czy dojdziemy, czy wpuszczą, czy otwarte. Zawsze jest coś innego, co można zrobić zamiast.
5. Straszliwy międzywymiarowy wombat zamierza pożreć Układ Słoneczny. Tylko sprawdzam, czy jeszcze nie śpicie.
piątek, 14 lipca 2017
Makintosz za wafle
Dzisiaj chciałem poruszyć temat, który jest poruszany często, ale nadal za mało. Zamiast jednak ględzić wokół, od razu przejdę do przykładu, który to najlepiej ilustruje.
Swego czasu w kiosku przed pracą codziennie kupowałem wafla z colą. Kosztowała mnie ta przyjemność 4 złote i 30 groszy. Niewiele, prawda? Taka mała kwota, akurat wystarcza na wafla z colą.
Ile to na tydzień? Cóż, 5 dni roboczych razy 4,30 - wychodzi 21,50. O, to już średniej wielkości zestaw w McGrzybie.
A na miesiąc? Średnio cztery tygodnie w miesiącu, to pomnożymy przez cztery i... 86 zł. Wow, już dziadowski telefon komórkowy.
To ile to rocznie? Po krótkim wyszukiwaniu w gugielu ustaliłem, że w 2017 jest 250 dni roboczych. Odliczę 20 dni urlopu (powiedzmy, że całego nie wykorzystałem). To 230 dni. Razy 4,30 zł... 989! Całkiem dobry smartfon plus drogie słuchawki!
Wow, jeden wafel z colą dziennie to po roku smartfon? A co po czterech latach? Zobaczmy: 989 x 4 = 3956. You guessed it - cztery lata bez wafla to MacBook Air. Plus chudsza dupa i lepsze zdrowie.
Taka jest potęga kontrolowania i oszczędzania drobnych kwot - a to tylko 4,30 dziennie. Pomyślcie co by było, jakby się udało przyciąć 10 dziennie? Albo 20? I jeszcze doliczając oprocentowanie np. z lokaty?
Swego czasu w kiosku przed pracą codziennie kupowałem wafla z colą. Kosztowała mnie ta przyjemność 4 złote i 30 groszy. Niewiele, prawda? Taka mała kwota, akurat wystarcza na wafla z colą.
Ile to na tydzień? Cóż, 5 dni roboczych razy 4,30 - wychodzi 21,50. O, to już średniej wielkości zestaw w McGrzybie.
A na miesiąc? Średnio cztery tygodnie w miesiącu, to pomnożymy przez cztery i... 86 zł. Wow, już dziadowski telefon komórkowy.
To ile to rocznie? Po krótkim wyszukiwaniu w gugielu ustaliłem, że w 2017 jest 250 dni roboczych. Odliczę 20 dni urlopu (powiedzmy, że całego nie wykorzystałem). To 230 dni. Razy 4,30 zł... 989! Całkiem dobry smartfon plus drogie słuchawki!
Wow, jeden wafel z colą dziennie to po roku smartfon? A co po czterech latach? Zobaczmy: 989 x 4 = 3956. You guessed it - cztery lata bez wafla to MacBook Air. Plus chudsza dupa i lepsze zdrowie.
Taka jest potęga kontrolowania i oszczędzania drobnych kwot - a to tylko 4,30 dziennie. Pomyślcie co by było, jakby się udało przyciąć 10 dziennie? Albo 20? I jeszcze doliczając oprocentowanie np. z lokaty?
wtorek, 11 lipca 2017
Apdejt
No, w zeszłym tygodniu się zapuściłem. Nie było cytatu z Baldurs Gejta. Jakoś tak zawsze jest jak wyjeżdżam; tylko w pracy pamiętam, że w danym dniu mam coś skrobnąć.
W niniejszym poście chciałbym podziękować warszawskiemu Zarządowi Transportu Miejskiego. Otóż remonty i cięcia w liniach i rozkładach jazdy sprawiły, że komunikacja miejska nie nadaje się w tym momencie absolutnie do niczego. Autobusy jeżdżą nieprzewidywalnie, tramwaje jeżdżą bez sensu, metro zatłoczone. Dzięki temu najlepszą opcją dostania się z domu do roboty jest rower. Także bardzo dziękuję ZTM, dzięki wam będę zdrowszy i w lepszej kondycji. I bogatszy.
A, i narkotyki przestały działać. Poza tym okazało się, że mój srajfon nie zmarł, tylko tak straszył. Bateria przestała się rozładowywać jak dzika. Cóż zrobić, zostałem uboższy o parę złotych i bogatszy o w miarę przyzwoity tani phablet. Na razie nic nie będę robił, nie będę się nawet nad tym zastanawiał. Przede wszystkim trzeba przestać zawracać sobie głowę takimi pierdołami. Zen. Drzewo stojące nad brzegiem. Uczeń zapytał: czy samuraj na dinozaurze ma naturę buddy? Mistrz odpowiedział: przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.
W niniejszym poście chciałbym podziękować warszawskiemu Zarządowi Transportu Miejskiego. Otóż remonty i cięcia w liniach i rozkładach jazdy sprawiły, że komunikacja miejska nie nadaje się w tym momencie absolutnie do niczego. Autobusy jeżdżą nieprzewidywalnie, tramwaje jeżdżą bez sensu, metro zatłoczone. Dzięki temu najlepszą opcją dostania się z domu do roboty jest rower. Także bardzo dziękuję ZTM, dzięki wam będę zdrowszy i w lepszej kondycji. I bogatszy.
A, i narkotyki przestały działać. Poza tym okazało się, że mój srajfon nie zmarł, tylko tak straszył. Bateria przestała się rozładowywać jak dzika. Cóż zrobić, zostałem uboższy o parę złotych i bogatszy o w miarę przyzwoity tani phablet. Na razie nic nie będę robił, nie będę się nawet nad tym zastanawiał. Przede wszystkim trzeba przestać zawracać sobie głowę takimi pierdołami. Zen. Drzewo stojące nad brzegiem. Uczeń zapytał: czy samuraj na dinozaurze ma naturę buddy? Mistrz odpowiedział: przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.
wtorek, 4 lipca 2017
Odroczenie
Dzisiaj sensownego posta nie będzie, bo łeb mię napieprza i czuję się jak stara dętka. Zamiast tego trochę pojęczę, to może mi ulży:
ojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojoj....
ojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojoj....
piątek, 30 czerwca 2017
wtorek, 27 czerwca 2017
Oda do roweru
Rower to najwybitniejszy wynalazek ludzkości, zaraz po piwie i science fiction. Jest to absolutnie doskonała inwestycja w samego siebie, a także w zasadzie w przyszłość całego świata. Dlaczego? Oto Niezbite Dowody Macieja na potwierdzenie tej tezy:
1. Mamy własny pojazd, w związku z czym nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę komunikacji miejskiej.
2. Małe rozmiary sprawiają, że śmiejemy się w ryj korkom i wciśniemy się wszędzie.
3. Jak jest zakaz wjazdu, to najczęściej nie dotyczy rowerów.
4. Rower nie potrzebuje żadnej benzyny, spala tylko naszą dupę. Oszczędność paliwa!
5. W świetle powyższego, jeżeli jeździmy na rowerze do roboty i z powrotem, to mamy 1-2 godziny darmowych ćwiczeń - bez żadnych nakładów finansowych i przy minimalnych nakładach czasowych. Nie trzeba tracić czasu w ciągu dnia na zanudzanie się siłką/ćwiczeniami z Chodakowską. Win!
6. W świetle powyższego, nie spalamy zdechłych dinozaurów i nie wypierdujemy żadnych trujących spalin, co jednocześnie ogranicza zużycie ograniczonych zasobów i zanieczyszczenie środowiska przez nasz wehikuł do ZERA.
7. Rower doskonale nadaje się na spędzenie wolnego czasu polegające na zapierniczaniu wśród lasów i pagórków. Oszczędność na opłatach za wstępy do różnych drogich miejsc i więcej radochy!
8. Jazda na zimnie i w deszczu, gdy wszyscy kiszą się w kabinach samochodów, pozwala poczuć się jak prawdziwy zły tyłek.
9. Po jeździe człowiek ma więcej energii i nie jest ospały i skapcaniały.
A z innych rzeczy, to jest dobrze, bo nie myślę w ogóle o tabletach i smartfonach. Mam nadzieję, że działanie narkotyków jeszcze się utrzyma.
1. Mamy własny pojazd, w związku z czym nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę komunikacji miejskiej.
2. Małe rozmiary sprawiają, że śmiejemy się w ryj korkom i wciśniemy się wszędzie.
3. Jak jest zakaz wjazdu, to najczęściej nie dotyczy rowerów.
4. Rower nie potrzebuje żadnej benzyny, spala tylko naszą dupę. Oszczędność paliwa!
5. W świetle powyższego, jeżeli jeździmy na rowerze do roboty i z powrotem, to mamy 1-2 godziny darmowych ćwiczeń - bez żadnych nakładów finansowych i przy minimalnych nakładach czasowych. Nie trzeba tracić czasu w ciągu dnia na zanudzanie się siłką/ćwiczeniami z Chodakowską. Win!
6. W świetle powyższego, nie spalamy zdechłych dinozaurów i nie wypierdujemy żadnych trujących spalin, co jednocześnie ogranicza zużycie ograniczonych zasobów i zanieczyszczenie środowiska przez nasz wehikuł do ZERA.
7. Rower doskonale nadaje się na spędzenie wolnego czasu polegające na zapierniczaniu wśród lasów i pagórków. Oszczędność na opłatach za wstępy do różnych drogich miejsc i więcej radochy!
8. Jazda na zimnie i w deszczu, gdy wszyscy kiszą się w kabinach samochodów, pozwala poczuć się jak prawdziwy zły tyłek.
9. Po jeździe człowiek ma więcej energii i nie jest ospały i skapcaniały.
A z innych rzeczy, to jest dobrze, bo nie myślę w ogóle o tabletach i smartfonach. Mam nadzieję, że działanie narkotyków jeszcze się utrzyma.
Subskrybuj:
Posty (Atom)