środa, 7 lutego 2018

Gówniany trend się utrzymuje

I znowu prawie trzy miesiące przerwy od poprzedniego wpisu. Dobrze, że nie jeszcze dłużej, przynajmniej odległość od dna się nie zmniejsza.

Z pozytywnych wieści to z nowym rokiem dokonałem zakupu kilku kursów na Udemy w promocji i jestem w trakcie uczenia się HTML/CSS/Javascripta i programowania na Androida (w Javie). Trend utrzymuje się już dłuższy czas i idzie mi całkiem nieźle, więc możecie mi życzyć szczęścia. Oczywiście rozpoczęcie kursu na Androida sprawiło, że kupiłem sobie tablet doświadczalny z zielonym robotem. Na drodze minimalizmu krok... trudno powiedzieć, w bok? Z jednej strony kolejny elektroniczny szmelc, z drugiej - na czymś te aplikacje jednak trzeba testować.

Ale mogło być gorzej - mogłem się uprzeć na Swifta i kupić sobie Maca tłumacząc, że to w zbożnym celu. (Nie, wcale nie mam teraz otwartego allegro i nie oglądam Macbooków! To oszczerstwo!)

piątek, 3 listopada 2017

Mogło być gorzej

Trzy miesiące to jeszcze i tak nie najdłuższa przerwa jaką zrobiłem w blogowaniu/filmowaniu/whatever. Teraz skrobię mimo, że mi się nie chce i nie wiem o czym, znowu tylko po to żeby coś naskrobać. Może w trakcie tego skrobania mnie natchnie i nagle wrócę do regularnego pisania? Ech... chyba muszę znowu rozszerzyć zakres tematyczny bloga, bo jakoś nie wyobrażam sobie napinania się w celu nasmarowania notki na jakiś temat, na który zupełnie nie mam weny.

W końcu blog nosi tytuł "minimalizm gadżeciarza", a skoro gadżeciarz, to nerd, a jak nerd, to i gracz w różne gry. Zresztą to już wiecie. Może zacznę na niniejszych łamach narzekać na gówniane gry? Czemu nie.

Kontynuując temat gier (segue segue), moje programowanie leży i jęczy. Ale hej, nie z takiego dna już je podnosiłem. Coś tam pamiętam z tego szczątkowego kursu html5, który zrobiłem na code academy, więc nie wszystko w las poszło. Trzeba tylko odgrzebać i iść dalej. Lewa noga, prawa noga.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Tomb of the Dread Lords w konkursie!

Oczywiście się zagapiłem i nie zdążyłem wprowadzić wszystkich zmian przed dedlajnem, ale jednak Tomb of the Dread Lords bierze udział w tegorocznym Solitaire Print and Play Contest w następujących kategoriach: 


- Best game by a returning designer
- Best regular pnp build
- Best dungeon crawl
- Best Game Designed in Contest Timeframe


Gra nawet w tej postaci jest bardzo grywalna i ogólnie się podoba. Jeden z komentatorów nawet zrobił kolorowe pro-komponenty, które wyglądają fantastycznie, i do tego jeszcze pozwolił mi je wrzucić po zakończeniu głosowania!

Jestem z siebie nielicho dumny, bo po kilku kosmetycznych zmianach, które już są generalnie gotowe, gra będzie skończona! W sensie, koniec modyfikacji, rozszerzania, skracania, po prostu gotowa gra! Zrobiłem coś od początku do końca! Nawet nie wiecie jaki to dla mnie wielki krok. Chyba, że czytaliście moje poprzednie wypociny, to trochę wiecie. Ale i tak nie za bardzo.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Notka żeby była

Ponieważ blog jest przeznaczony głównie dla mojej osoby, postanowiłem napisać posta byle napisać, bo w sumie takie było założenie - byle co, byle być w miarę konsekwentnym. 

Jednym z efektów ubocznych życia w świecie internetów i przeładowania informacją jest to, że mój attention span jest beznadziejnie parszywy. Mówiłem to już chyba wcześniej - nie mogę się na niczym skupić na dłużej, zaczynam po 50 książek i żadnej nie kończę, czytam po 20 podręczników do RPG naraz z myślą o ukręceniu jakiejś kampanii i oczywiście tego nie robię, bo nie kończę żadnego podręcznika, uczę się po 70 języków programowania naraz i umiem w każdym wyświetlić napis "hello world" i nic więcej. 

Szczerze mówiąc już nie wiem jak sobie z tym radzić. Próbuję skupić się na jednej rzeczy, ale wychodzi mi to w tym momencie praktycznie wyłącznie w cRPGach Bioware. Dobre i to, ale no kurde...

Ogólnie plan jest taki, żeby z programowania skupić się na HTML5, czytać po jednej książce, a z RPGów zostać przy Shinobi&Samurai (w które gram ze znajomymi) i Microlite20 (w co grałem z bratem) w dziedzinie fantasy, a jeżeli chodzi o s-f to chyba traveller i tyle. No i doszlifować moją konkursową grę na BGG, która wymaga już właściwie tylko zmiany kilku cyferek i będzie można ją oznaczyć jako "contest ready".

Oczywiście to jest trochę tak jak odwyk od substancji psychoaktywnych - idzie dobrze przez parę dni, a potem człowiek znowu się zakopuje w milionie jakichś gówien. Ech... trzeba chyba po prostu mieć nadzieję, że te lepsze okresy będą się zdarzać coraz częściej.
 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zapuścił się żem, bo URLOP

Ło matko ale się żem zapuścił. Byłem na urlopie, to i zapomniałem o pisaniu, widocznie tak musi być. A skoro już mowa o urlopie, to może warto trochę zgłębić tę tematykę. Jak minimalista spędza urlop? Właściwie to nie wiem, ale mogę wam powiedzieć jak ja to robię. Prawie wszystkiego co wiem o technologii urlopów nauczyła mnie Najlepsza Żona(TM), która niczym Wielki Wódz już wcześniej wiedziała czym to się je. Oto więc kilka wskazówko-ględzeń:

1. Pakowanie. Wielu ludzi strasznie się przejmuje pakowaniem i zabiera ze sobą tyle rzeczy, że trzeba grać w ostry tetris w bagażniku. Najlepsza Żona(TM) nauczyła mnie natomiast, że warto się pakować lekko. Czy naprawdę na urlopie potrzebne jest żelazko, komputer, pięć par spodni, sześć scyzoryków, siedem kompletów sztućców, zestaw desek do krojenia i garnków? No, może jeżeli się jedzie na jakąś srogą Syberię, żeby już tam zostać. Ale na weekend do cywilizowanych krajów? Litości. My się mieścimy na weekend w jedną małą walizeczkę na kółkach, plus ew. plecak na tablet, książki, gry i ładowarki i torba na żarcie, którego nie chcemy zostawiać w lodówce. Na dłuższą podróż jeszcze nam się nie zdarzyło zapakować bardziej niż w dwie takie walizki. Nigdy nie wykupujemy dużego bagażu w samolotach. I przysięgam, jeszcze nigdy nie usiedliśmy myśląc "kurde, jak żałujemy, że nie wzięliśmy wielkiej walizy do której moglibyśmy napchać rzeczy, których nam teraz tak bardzo brakuje". Co do brania ze sobą komputera - jeszcze nigdy nie potrzebowałem na urlopie laptopa, srajpad w zupełności do wszystkiego starcza. I dobrze się na nim ogląda Netflixa.

2. Transport. Tanie loty i inne okazje to nasz przyjaciel. Mamy znajomego, który twierdzi, że lot do Stanów to co najmniej 2000 zł w jedną stronę (od osoby), a ceny hoteli na miejscu zaczynają się od 300$. Nie wiem, czy my naszą determinacją zakrzywiamy rzeczywistość, ale polecieliśmy za ok. 1000 zł w dwie strony (od osoby) i najdroższy hotel, w jakim mieszkaliśmy kosztował ok. 35$. W centrum Las Vegas. BTW, parki narodowe USA to niesamowite miejsca przerastające nędzne wyobrażenia europejskiego człowieka. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.

3. Zwiedzanie. Ludzie są różni. My akurat nie jesteśmy zwolennikami wstawania o szóstej rano i jak najszybszego odhaczania po kolei zabytków biegając po mieście z zaciśniętymi zębami (i pośladami). Od "oficjalnych" zabytków i muzeów, w których często są dzikie tłumy ludzi, wolimy często pójść w jakąś boczną uliczkę, zatrzymać się w jakiej lokalnej kawiarence, popatrzeć na domeczki i popróbować miejscowej kuchni. Disclaimer: znamy osoby, które lubią biegać po zabytkach, ale im to sprawia radość i robią to bez zaciśniętych zębów i pośladów. I rest my case.

4. Pułapki na turystów. Termin ten wziąłem z bloga mojego idola, Mr Money Mustache. Pułapka na turystów to miejsce, w którym na każdym rogu czyha na nas okazja do wywalenia pieniędzy. Są one najczęściej zastawiane na standardową urlopującą rodzinę (Seba, Karyna i ich dzieci - Brajan i Dżenifer), której wydaje się, że dobre wakacje to spędzenie 2 tygodni w drogim hotelu i szwendając się bez celu po okolicy, ale nie oddalając się za bardzo. Obejmują różne "parki rozrywki", w których za wszystkie "atrakcje" trzeba słono zapłacić i wszędzie serwują za drogie i parszywe przekąski i słodycze. Upierdliwych sprzedawców oferujących irytujące świecące gówna, które zwłaszcza w nocy szpecą krajobraz. Knajpy, w których można zjeść drogo w tłumie ludzi. W skrócie, miejsca nastawione na maksymalne wyssanie portfeli przyjezdnych. Nie muszę chyba dodawać, że znakomita większość rzeczy, które w pułapkach możemy nabyć wcale nie zapewni nam cudownych, niezapomnianych wakacji. Rozwiązanie tego problemu jest jednak dziecinnie proste: wystarczy tam nie chodzić. Każda miejscowość, w której są pułapki na turystów, zawiera również miejsca tych pułapek pozbawione. Z kolei w Polsce nie ma takich pułapek na szczęście aż tak dużo, występują głównie nad morzem i w Zakopcu. Jeżeli już się zapuszczamy w takie miejsca, warto cały czas pamiętać, gdzie się znajdujemy. Po odpowiedniej praktyce przestaną na nas działać.

4. Stres. Na wakacje się jedzie, żeby się NIE stresować. Wiele osób zdaje się o tym zapominać. Nieważne, czy zdążymy, czy dojdziemy, czy wpuszczą, czy otwarte. Zawsze jest coś innego, co można zrobić zamiast.

5. Straszliwy międzywymiarowy wombat zamierza pożreć Układ Słoneczny. Tylko sprawdzam, czy jeszcze nie śpicie.

piątek, 14 lipca 2017

Makintosz za wafle

Dzisiaj chciałem poruszyć temat, który jest poruszany często, ale nadal za mało. Zamiast jednak ględzić wokół, od razu przejdę do przykładu, który to najlepiej ilustruje.

Swego czasu w kiosku przed pracą codziennie kupowałem wafla z colą. Kosztowała mnie ta przyjemność 4 złote i 30 groszy. Niewiele, prawda? Taka mała kwota, akurat wystarcza na wafla z colą.

Ile to na tydzień? Cóż, 5 dni roboczych razy 4,30 - wychodzi 21,50. O, to już średniej wielkości zestaw w McGrzybie.

A na miesiąc? Średnio cztery tygodnie w miesiącu, to pomnożymy przez cztery i... 86 zł. Wow, już dziadowski telefon komórkowy.

To ile to rocznie? Po krótkim wyszukiwaniu w gugielu ustaliłem, że w 2017 jest 250 dni roboczych. Odliczę 20 dni urlopu (powiedzmy, że całego nie wykorzystałem). To 230 dni. Razy 4,30 zł... 989! Całkiem dobry smartfon plus drogie słuchawki!

Wow, jeden wafel z colą dziennie to po roku smartfon? A co po czterech latach? Zobaczmy: 989 x 4 = 3956. You guessed it - cztery lata bez wafla to MacBook Air. Plus chudsza dupa i lepsze zdrowie. 

Taka jest potęga kontrolowania i oszczędzania drobnych kwot - a to tylko 4,30 dziennie. Pomyślcie co by było, jakby się udało przyciąć 10 dziennie? Albo 20? I jeszcze doliczając oprocentowanie np. z lokaty?