Ostatnio porządek w zlewie i na biurku trochę podupadł, ale czasami zdarzają się takie dni, że człowiek wychodzi rano, wraca o 22 i wtedy to już nawet Wielki Wódz nie ma na nic siły - może tylko popykać w jakąś grę na srajpadzie i położyć się spać.
Ważne, żeby nie załamywać rąk, nie drzeć szat i nie ryczeć "to koniec". Nie dzisiaj, to jutro ten zlew opróżnię. Trzeba tylko uważać, żeby to nie stało się nowym trendem.
Z gadżeciarskich nowości to oddałem Xiaomi mojej Najlepszej Żonie(TM), dzięki czemu ma telefon spełniający wszystkie jej oczekiwania, a sam dalej dzielnie siedzę na srajfonie 4S.
Niestety, w ramach podupadania dałem się złapać na okazję. Po sprzedaży tego starego srajpada allegro mi rypnęło prosto w twarz ofertą takiego samego, tylko że dwójki, i w tej samej cenie. Nie oparłem się. Czyli właściwie zachowałem status quo, tylko sprzęt się apgrejdował o generację.
Wnioski mam następujące: za dużo myślę o tych sprzętach zamiast po prostu ich używać. Zacząłem robić czystki i coś tam sprzedawać, to od razu zaburzyła mi się równowaga i rozpoczęło się kombinowanie. Trzeba po prostu zostawić to wszystko w cholerę i się nie interesować. Leży - to niech leży, przynajmniej na razie.
Od chomika elektronicznych śmieci i gadżetów do lepszego (minimalistycznego) jutra
wtorek, 30 maja 2017
poniedziałek, 29 maja 2017
wtorek, 23 maja 2017
Zdradliwe bundle
Na papierze pakiety gier zwane "bundle" wyglądają super. Płaci się dolara albo trzy i dostaje kilka gier, na które inaczej niekoniecznie by się zwróciło uwagę, co pozwala tanim kosztem powiększyć swoją bibliotekę i swoje "growe" horyzonty. Gdyby nie humble bundle, to pewnie nie kupiłbym sobie komputerowego Space Hulka - a okazuje się, że plujący recenzenci gówno tam wiedzą. Gra jest super.
Wszystko świetnie, do momentu kiedy zorientowałem się, że moja biblioteka steam jest zapierdzielona ponad 400 tytułami, z których w część grałem może 5 minut przed przejściem do kolejnego, a części nawet nie ruszyłem. Cyfrowy burdel jest może mniej osłabiający niż fizyczny, ale nadal - patrzę na to zatrzęsienie średniawych, mniej lub bardziej "niezależnych" produkcji, i trochę mi słabo.
Nie da się ukryć, że część z nich bardzo dobrze mieć w swojej bibliotece. Wspomniany Space Hulk, Warhammer Quest, czy wersje Star Wars KOTOR przystosowane do nowożytnych maszyn cyfrowych. Jednak czasami gubię się w tym gąszczu i tęsknię za czasami fizycznych nośników, w których moje gry leżały na półce i można było je szybko i łatwo policzyć.
Powstaje też kolejny problem: bundle są tak łatwe do kupienia, że pieniądze wyciekają z portfela - co prawda nieduże, ale zawsze - a my się przyzwyczajamy do odpakowywania co chwila nowej gry. I nagle trudno jest grać w to, co się już ma, skoro nowe kusi swoją nowością i niską ceną.
Odsubskrybowałem się od wszystkich bundli już jakiś czas temu. Mam wystarczająco gier, żeby mi starczyło praktycznie do końca życia. Poza tym ostatnio gram głównie na konsolach i iPadach - na które bundle mi nic nie dają. Jak o tym pomyślę, to pewnie kontynuacja poprzednich praktyk doprowadziła by w końcu do biblioteki steam liczącej kilka tysięcy pozycji - a z tym to już mógłbym chyba tylko usiąść i zapłakać.
Teraz pozostaje tylko zrobić porządek w bibliotece. W część gier po prostu nigdy nie będę grał - trzeba je wypieprzyć w cholerę. Następnie należy rozpocząć systematyczne przerabianie wszystkich tytułów. Moim szczytnym celem jest ukończenie, a przynajmniej solidne nadgryzienie, przynajmniej 90% mojej biblioteki. Życzcie mi szczęścia!
Wszystko świetnie, do momentu kiedy zorientowałem się, że moja biblioteka steam jest zapierdzielona ponad 400 tytułami, z których w część grałem może 5 minut przed przejściem do kolejnego, a części nawet nie ruszyłem. Cyfrowy burdel jest może mniej osłabiający niż fizyczny, ale nadal - patrzę na to zatrzęsienie średniawych, mniej lub bardziej "niezależnych" produkcji, i trochę mi słabo.
Nie da się ukryć, że część z nich bardzo dobrze mieć w swojej bibliotece. Wspomniany Space Hulk, Warhammer Quest, czy wersje Star Wars KOTOR przystosowane do nowożytnych maszyn cyfrowych. Jednak czasami gubię się w tym gąszczu i tęsknię za czasami fizycznych nośników, w których moje gry leżały na półce i można było je szybko i łatwo policzyć.
Powstaje też kolejny problem: bundle są tak łatwe do kupienia, że pieniądze wyciekają z portfela - co prawda nieduże, ale zawsze - a my się przyzwyczajamy do odpakowywania co chwila nowej gry. I nagle trudno jest grać w to, co się już ma, skoro nowe kusi swoją nowością i niską ceną.
Odsubskrybowałem się od wszystkich bundli już jakiś czas temu. Mam wystarczająco gier, żeby mi starczyło praktycznie do końca życia. Poza tym ostatnio gram głównie na konsolach i iPadach - na które bundle mi nic nie dają. Jak o tym pomyślę, to pewnie kontynuacja poprzednich praktyk doprowadziła by w końcu do biblioteki steam liczącej kilka tysięcy pozycji - a z tym to już mógłbym chyba tylko usiąść i zapłakać.
Teraz pozostaje tylko zrobić porządek w bibliotece. W część gier po prostu nigdy nie będę grał - trzeba je wypieprzyć w cholerę. Następnie należy rozpocząć systematyczne przerabianie wszystkich tytułów. Moim szczytnym celem jest ukończenie, a przynajmniej solidne nadgryzienie, przynajmniej 90% mojej biblioteki. Życzcie mi szczęścia!
piątek, 19 maja 2017
wtorek, 16 maja 2017
Więcy materializmu!
Ciekawy artykuł przeczytałem jakiś czas temu na Raptitude - o tym, że jesteśmy za mało materialistyczni. Ale jakże to? Przecież tylko gonimy za piniędzem, za większym telebimem w domu, za monstrualnym dżipem w garażu, to chyba bardziej materialistycznym być nie można?
Otóż można. Bo przy całej tej już wyświechtanej do bólu pogoni za bogactwem tak naprawdę mamy w dupie poszczególne przedmioty, które kupujemy. Taka refleksyja nachodzi mnie szczególnie, gdy przemieszczam się środkami komunikacji miejskiej i kripuję na smartfony. No bo jako tech-maniak naturalnie ciągle sprawdzam, czy inni mają większego, szerszego i... no dobra, nieśmieszne. W każdym razie gapię się na to, jakie ludzie mają gadżety.*
I co? No, po pierwsze, to w Polsce jest całkiem duży odsetek ludzi z windows phonami i nadzwyczajnie dużo iPhonów, biorąc pod uwagę cenę tego sprzętu i zarobki w naszym kraju. A po drugie, chyba ponad połowa ludzi ma zmasakrowane szybki. Co z tego, spytacie, przecie czasem wypadnie, coś w niego stuknie, po pijaku rozpierdoliłem, łots de big dil?
Ja myślę o tym tak - oto każdy praktycznie ma ze sobą przenośny komputer, który pozwala mu w ułamku sekundy uzyskać dostęp do nieograniczonych zasobów ludzkiej wiedzy i skomunikować się z dowolną osobą na drugim krańcu kuli ziemskiej. Ten magiczny przedmiot nie zajmuje pół szafy trzydrzwiowej, ale mieści się wygodnie w dłoni, nie wydaje najmniejszego szumu, bo jest chłodzony pasywnie i świeci ekranem o wyższej rozdzielczości niż mój wielki desktop był w stanie wyświetlić 20 lat temu na swoim monstrualnym monitorze. Ale zaraz! To nie koniec! Ten miniaturowy cud techniki nie tylko umożliwia nam łączność, ale też jest odtwarzaczem muzyki, filmów i aparatem fotograficznym nierzadko robiącym lepsze zdjęcia niż drogie aparaty cyfrowe sprzed kilku lat. To jeszcze nie koniec! Dioda od aparatu może służyć jako latarka, a dzięki wbudowanemu GPSowi nigdy się nie zgubimy. Uff, to już wszystko, prawda? Oczywiście, że nie. Możemy pisać dokumenty, edytować zdjęcia, grać w gry... to po prostu ostateczne osiągnięcie w dziedzinie informatyki, sprzęt, który może wszystko. I to każdy, każdy smartfon bez wyjątku, nawet najgorszy szrotowy Android z gumoplastu za trzy miliardy dolarów Zimbabwe.**
Mogłoby się więc wydawać, że sprzęt, który daje człowiekowi praktycznie nadnaturalną moc, będzie też odpowiednio traktowany. Z podziwem i rozdziawioną szczęką. Z wdzięcznością za możliwości, o których nasi przodkowie nawet nie wiedzieli że można marzyć. Czy tak właśnie jest? A gdzie tam. Wpieprzamy go do torby razem z kluczami i scyzorykiem, wypada nam z dziurawych łap na beton i ogarnia nas święte oburzenie, gdy każe nam czekać dwie sekundy na dostęp do łączności z naszym znajomym zza oceanu. Jak on śmie tak wolno działać, cholerny beznadziejny szmelc!
Sam tak robię. Czasami jednak, zanim wściekniemy się, że apka się wolno uruchamia, warto się zatrzymać - za to małe ustrojstwo, które może już trochę nie nadąża, jeszcze dwadzieścia lat temu ludzie by się dali pokroić. Może warto trochę bardziej na nie uważać, żebyśmy mogli się dłużej cieszyć naszymi supermocami? Tak samo z innym sprzętami, które bierzemy za pewnik - samochody, czajniki elektryczne, odkurzacze. Warto wyobrazić sobie, jak nasze życie wyglądało by bez nich. Inne zwierzęta mają kły, rogi, wielkie sękate łapska, albo żądła - człowiek nie ma nic, jest wyjątkowy tylko dlatego, że tworzy narzędzia. Bez naszych gratów jesteśmy niczym - tylko małą trzęsącą się nieowłosioną galaretą, która padłaby ofiarą pierwszego lepszego drapieżnika. A jednak traktujemy nasze narzędzia jak gówno, zupełnie jakby były czymś oczywistym. Może tak trochę o nie zadbać, wyczyścić, może bardziej je szanować, może nie wyrzucać non-stop i nie wymieniać na nowe różniące się kolorkiem obudowy? Może pomyśleć, jak bardzo jesteśmy od nich zależni i podziękować za wierną służbę?
Znaczy to ostatnie to taka przenośnia, nie gadajcie do swoich żelazek, przynajmniej nie przy innych ludziach.
* Cholera, to też brzmi dwuznacznie, ale co ja poradzę.
** W 2008 jeden dolar amerykański był wart 70 miliardów dolarów Zimbabwe. Czytałem o tym dlatego, że spadówa.
Otóż można. Bo przy całej tej już wyświechtanej do bólu pogoni za bogactwem tak naprawdę mamy w dupie poszczególne przedmioty, które kupujemy. Taka refleksyja nachodzi mnie szczególnie, gdy przemieszczam się środkami komunikacji miejskiej i kripuję na smartfony. No bo jako tech-maniak naturalnie ciągle sprawdzam, czy inni mają większego, szerszego i... no dobra, nieśmieszne. W każdym razie gapię się na to, jakie ludzie mają gadżety.*
I co? No, po pierwsze, to w Polsce jest całkiem duży odsetek ludzi z windows phonami i nadzwyczajnie dużo iPhonów, biorąc pod uwagę cenę tego sprzętu i zarobki w naszym kraju. A po drugie, chyba ponad połowa ludzi ma zmasakrowane szybki. Co z tego, spytacie, przecie czasem wypadnie, coś w niego stuknie, po pijaku rozpierdoliłem, łots de big dil?
Ja myślę o tym tak - oto każdy praktycznie ma ze sobą przenośny komputer, który pozwala mu w ułamku sekundy uzyskać dostęp do nieograniczonych zasobów ludzkiej wiedzy i skomunikować się z dowolną osobą na drugim krańcu kuli ziemskiej. Ten magiczny przedmiot nie zajmuje pół szafy trzydrzwiowej, ale mieści się wygodnie w dłoni, nie wydaje najmniejszego szumu, bo jest chłodzony pasywnie i świeci ekranem o wyższej rozdzielczości niż mój wielki desktop był w stanie wyświetlić 20 lat temu na swoim monstrualnym monitorze. Ale zaraz! To nie koniec! Ten miniaturowy cud techniki nie tylko umożliwia nam łączność, ale też jest odtwarzaczem muzyki, filmów i aparatem fotograficznym nierzadko robiącym lepsze zdjęcia niż drogie aparaty cyfrowe sprzed kilku lat. To jeszcze nie koniec! Dioda od aparatu może służyć jako latarka, a dzięki wbudowanemu GPSowi nigdy się nie zgubimy. Uff, to już wszystko, prawda? Oczywiście, że nie. Możemy pisać dokumenty, edytować zdjęcia, grać w gry... to po prostu ostateczne osiągnięcie w dziedzinie informatyki, sprzęt, który może wszystko. I to każdy, każdy smartfon bez wyjątku, nawet najgorszy szrotowy Android z gumoplastu za trzy miliardy dolarów Zimbabwe.**
Mogłoby się więc wydawać, że sprzęt, który daje człowiekowi praktycznie nadnaturalną moc, będzie też odpowiednio traktowany. Z podziwem i rozdziawioną szczęką. Z wdzięcznością za możliwości, o których nasi przodkowie nawet nie wiedzieli że można marzyć. Czy tak właśnie jest? A gdzie tam. Wpieprzamy go do torby razem z kluczami i scyzorykiem, wypada nam z dziurawych łap na beton i ogarnia nas święte oburzenie, gdy każe nam czekać dwie sekundy na dostęp do łączności z naszym znajomym zza oceanu. Jak on śmie tak wolno działać, cholerny beznadziejny szmelc!
Sam tak robię. Czasami jednak, zanim wściekniemy się, że apka się wolno uruchamia, warto się zatrzymać - za to małe ustrojstwo, które może już trochę nie nadąża, jeszcze dwadzieścia lat temu ludzie by się dali pokroić. Może warto trochę bardziej na nie uważać, żebyśmy mogli się dłużej cieszyć naszymi supermocami? Tak samo z innym sprzętami, które bierzemy za pewnik - samochody, czajniki elektryczne, odkurzacze. Warto wyobrazić sobie, jak nasze życie wyglądało by bez nich. Inne zwierzęta mają kły, rogi, wielkie sękate łapska, albo żądła - człowiek nie ma nic, jest wyjątkowy tylko dlatego, że tworzy narzędzia. Bez naszych gratów jesteśmy niczym - tylko małą trzęsącą się nieowłosioną galaretą, która padłaby ofiarą pierwszego lepszego drapieżnika. A jednak traktujemy nasze narzędzia jak gówno, zupełnie jakby były czymś oczywistym. Może tak trochę o nie zadbać, wyczyścić, może bardziej je szanować, może nie wyrzucać non-stop i nie wymieniać na nowe różniące się kolorkiem obudowy? Może pomyśleć, jak bardzo jesteśmy od nich zależni i podziękować za wierną służbę?
Znaczy to ostatnie to taka przenośnia, nie gadajcie do swoich żelazek, przynajmniej nie przy innych ludziach.
* Cholera, to też brzmi dwuznacznie, ale co ja poradzę.
** W 2008 jeden dolar amerykański był wart 70 miliardów dolarów Zimbabwe. Czytałem o tym dlatego, że spadówa.
środa, 10 maja 2017
Leniwiec
Ło mamusiu, ale się zapuściłem z pisaniem notek! Cóż, lepiej późno niż jeszcze później, więc niniejszym informuję, że dojrzałem do dalszego pozbywania się urządzeń elektronicznych z mojego życia. Właśnie wystawiłem na allegro wszystkie redundantne tablety (poza tym windowsowym, który nie daje się zresetować - muszę go w końcu oddać jakimś magikom, może oni pomogą) i wszystkie telefony poza Xiaomi (i dziadowską "deweloperską" lumią 435 - obiecałem Najlepszej Żonie, że napiszę jej grę na komórkę i ta lumia potrzebna mi jest jako królik doświadczalny).
W przyszłości zapewne będziemy chcieli kupić dodatkowy tablet "podróżny", ale będzie to raczej jakiś w miarę niedrogi Android z GPSem, żeby można było go bez większej nabożności rypnąć do plecaka i tarabanić wszędzie ze sobą. Ale to jeszcze pieśń przyszłości.
W przyszłości zapewne będziemy chcieli kupić dodatkowy tablet "podróżny", ale będzie to raczej jakiś w miarę niedrogi Android z GPSem, żeby można było go bez większej nabożności rypnąć do plecaka i tarabanić wszędzie ze sobą. Ale to jeszcze pieśń przyszłości.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)