piątek, 23 marca 2018

Mój pulpit w pracy

Pochwalę się screenshotem pulpitu na moim pracowym komputerze:



Nasuwają się teraz dwa pytania: Macieju, jak osiągnąłeś tak czysty pulpit? I, co ważniejsze, po cholerę to robiłeś?

Niektórzy z czytelników zapewne pamiętają mój krótki poradnik - otóż postanowiłem rozwinąć tę myśl i pójść o krok dalej. To znaczy ukryć pasek zadań, gdy nie jest używany. Teraz, gdy mój komputer się włącza, nie wita mnie miliard różnych ikon, od których można dostać oczopląsu, tylko to urocze zdjęcie, które zrobiłem w Kampinosie. 

Ukrycie paska zadań ma też inne zalety - nie rozpraszają mnie ikony na dole, nie sprawdzam ciągle która godzina, a na ekranie jest więcej miejsca, co przy zestawieniu rozdzielczości HD i rozmiaru wyświetlania niektórych okien ma wbrew pozorom znaczenie. 

W Windowsach można bardzo dużo zrobić za pomocą skrótów klawiszowych i przez większość czasu pasek zadań jest po prostu niepotrzebny! Przykładowo, ja zawsze uruchamiam aplikacje klikając kafelek w panelu startowym albo po prostu wpisując nazwę w wyszukiwarce - a żeby wywołać panel startowy/wyszukiwarkę wystarczy nacisnąć guzik z logo Windows, z którym na tę okoliczność się przeprosiłem.

Chwilę się trzeba przyzwyczaić, ale spróbować warto.

czwartek, 15 marca 2018

Jeden to nie trzy

No bo mogłem znowu zwlekać przez trzy miesiące, ale tym razem zwlekałem tylko jeden. Hura dla mnie.

W każdym razie kursy postępują, nie cofam się wstecz i mam nowego laptopa. Hura dla mnie dwa razy.

Z rzeczy bardziej minimalistycznych to w końcu pozbyłem się burdlu w kącie pod kaloryferem (gdzie leżało cholerawieco, naprawdę, po prostu szurnięte rzeczy losowo) i wywaliłem kolejną torbę papierów. Najważniejsze, żeby nie próbować ogarnąć wszystkiego naraz, bo tak to się jeno zesrać można, tylko pojedynczo. Jedna szuflada, jedna szafka, jeden stos gówna pod kaloryferem naraz.

Zrobiłem też porządek z kablami od komputera pod biurkiem. Teraz w ogóle ich nie widać. Może się wydawać że to informacja typu "wyniosłem śmieci. Yay." ale przysięgam, że to cudowny lek na skołatane nerwy. Nie ma nic gorszego niż plątanina kabli wiecznie walająca się pod nogami, gdy człowiek siedzi przy biurku, a docenia się to dopiero po ich uprzątnięciu. Trochę tak jak z pieprznikiem na pulpicie w komputerze.

Dobra, mam nadzieję, że następny raz nastąpi szybciej niż za miesiąc, i że wówczas napiszę coś ciekawszego.