wtorek, 25 kwietnia 2017

Kurde

Dzisiaj dzień mało wenowy. Miałem zaplanowany artykuł, ale jakoś nie chce się przepierdaczyć z mojego łba na telewizorek.

Zamiast wynurzeń udających mądre wywody będzie więc mały apdejt. Napisałem klona kaboom w game makerze, i gra ma wszystko zaimplementowane, ale trochę ją zarzuciłem. Zastanawiam się za co się teraz zabrać. Chyba chciałbym coś odrobinę bardziej ambitnego.

Ostatnio znowu przechodzę Mass Effect, i chociaż robię to głównie dlatego, że to moja ulubiona gra, to staram się też zwracać uwagę na różne "dizajn desiżyns". Jakoś robię to bardziej świadomie. Jasny perunie, jakie to jeżdżenie Mako jest jednak parszywe!

Co do zlewu, w miarę się trzyma. Ostatnio zrobiliśmy z Najlepszą Żoną(TM) czystkę w kasetach - bo już nawet nie mamy ich na czym odtwarzać. Zostawiliśmy tylko kilkanaście najbardziej sentymentalnych, a reszta - sru. Podobnie się stało z płytami. Nie pamiętam kiedy ostatnio płyt słuchałem - to ciekawe, że człowiek się nagle budzi i orientuje, że ma w domu jakieś rzeczy, których nie używał od stu lat, ale z jakiejś nieokreślonej przyczyny nadal je trzyma.

W każdym razie miejsca w domu zamiast (jak kiedyś) ubywać, przybywa. Hura dla nas!

wtorek, 18 kwietnia 2017

Poświątecznie

Święta rozbiły mój rytm blogowania - nie byłem w pracy i w ogóle zapomniałem o pisaniu. Ale kretyńsko.

W każdym razie po drobnym przemyśleniu zdecydowałem się zmienić trochę system, bo jak będę dalej próbował pięć razy w tygodniu skrobać, to się szybko wypalę. Będę więc niniejszym pisał dwa razy w tygodniu - we wtorek (tak jak dzisiaj) w miarę składnie i merytorycznie, i w piątek - nieskładnie i niemerytorycznie.

W święta przemeblowaliśmy z Najlepszą Żoną(TM) nasz duży pokój, w wyniku czego zyskał nowe życie. Teraz zamiast "dwóch w jednym" jest aż trzy: "gabinet", czyli część odgrodzona biurkiem i otoczona regałami z książkami, gdzie można siedzieć, jeżeli chce się wyglądać mądrze, "jadalnia", gdzie można siedzieć przy stole i jeść bądź prowadzić jakieś inne dłubanie, oraz "mostek kapitański", gdzie można siedzieć na kanapie i oglądać Star Treka, rypać na konsolach, czytać bądź wykonywać dowolne inne czilałtowe czynności.

Przy okazji podstępnie podpuściłem Najlepszą Żonę(TM) żeby przeczytała książkę Leo Babauty i w ten sposób również zaraziłem ją minimalizmem - teraz minimalizujemy radośnie razem.

A jeżeli chodzi o gry - zacząłem pisać kolejną, tym razem klon jednego starocia z Atari 2600. Wrzucę w piątek.

środa, 12 kwietnia 2017

Leo Babauta

Dzisiaj post z cyklu Maciej Poleca. 

Ponieważ mam abonament w Legimi, gdy zainteresowałem się minimalizmem postanowiłem poszukać czy mają jakieś książki na ten temat. Jednym z wyników, które wyskoczyły, była pozycja pt. "Minimalizm. Żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną." niejakiego Leo Babauty. Później dowiedziałem się, że to autor jednego z najpopularniejszych blogów na świecie, Zen Habits, a także strony mnmlist.com

Polecam zarówno książkę, jak i blogi (głównie ten drugi, "mnmlist"). Chociaż gość czasami trochę uprawia sztukę dla sztuki i bywa ekstremalny w swoim ograniczaniu wszystkiego, jego książka jest zwięzła, dobrze napisana i zawiera dużo ciekawych przemyśleń. Znowu: nie należy tego wszystkiego traktować jak dogmaty, tylko jako bodziec do zastanowienia się nad swoją własną egzystencją i nad tym, co jest dla nas istotne. 

Zrobiło się tak górnolotnie, że zęby bolą, więc na rozładowanie napięcia zdjęcie mojej kotki w pudełku.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Wyrzyg zwany free to play

Skoro już w tematyce gier jesteśmy, pomówmy o najgorszej rzeczy, jaka kiedykolwiek przytrafiła się branży gier, gorszej niż Duke Nukem Forever, gorszej nawet niż konwersja Pac Mana na Atari 2600, to znaczy modelowi free to play i towarzyszącym mu mikropłatnościach.

Free to play to najbardziej wyrzygowy pomysł, jaki można sobie wyobrazić. Na pierwszy rzut oka, zupełnie jak w przypadku komunizmu, wygląda pięknie. Firma udostępnia grę za darmo, tak aby wszyscy mogli pograć, ale oferuje drobne zakupy wewnątrz gier dla osób, które chciałyby wesprzeć ich dalsze starania. Wszyscy się kochają, dzielą, przytulają i tańczą wokół ogniska śpiewając "kumbaya".

Rzeczywistość jednak, jak to często bywa, wygląda inaczej. Wszyscy słyszeliśmy opowieści o grubych tysiącach dolarów wypieprzonych przez jakichś wybitnych specjalistów od zarządzania własnymi finansami na nieistniejące przedmioty, diamenciki i inne wirtualne gówna. No ale w sumie co nas to obchodzi? Przecież to ich sprawa, jeżeli chcą wywalać grubą kasę w błoto, to kto im zabroni?

Kurde, powinno nas to obchodzić. Oczywiście, nic nowego tu nie mówię, większość osób będących przy zdrowych zmysłach narzeka, że free to play niszczy rynek, zwłaszcza w przypadku gier mobilnych, ale z minimalistycznego punktu widzenia wygląda to jeszcze gorzej.

Z minimalistycznego punktu widzenia, gry free to play to nie są gry. To systemy do ekstrakcji pieniędzy. To absolutne apogeum rozdętego konsumpcjonizmu. Powstają one przy współpracy psychologów i ekonomistów i mają na celu zatrzymanie człowieka jak najdłużej przed ekranem, i wyciągnięcie od niego najwięcej pieniędzy jak tylko się da. A ponieważ są za darmo, to można je ściągać dziesiątkami i zagracać swoje komputery. Oczywiście, wszystkie chcą wysyłać powiadomienia i nasze telefony ryczą co 5 minut, że o matko, musisz się zalogować bo ci zjemy bazę, za którą zapłaciłeś grube pieniądze. Haha, frajerze, płać więcej.

W grach free to play tak naprawdę nie ma żadnej gry - po prostu klikamy po kolei przyciski, które gra nam każe i czekamy na zapełnienie się pasków postępu. Drobne skoki dopaminy towarzyszące zakończeniu tego zapełniania się i wybuchającym gwiazdeczkom utrzymują nas przed telewizorkiem. Kilka godzin później budzimy się z tego z pytaniem "co się właściwie stało" i poczuciem zmarnowanego czasu. Ale haj dopaminowy jest na tyle pociągający, że wracamy. W końcu trafiamy na paywalla, albo zbudowanie najmniejszego budynku trwa trzy tygodnie - i jeżeli producent maszyny do ekstrakcji pieniędzy już nas odpowiednio urobił, to zapłacimy.

Jak dla mnie ludzie, którzy robią takie "gry" powinni natychmiast dostać dożywocie w pierdlu o zaostrzonym rygorze. Z codziennym batożeniem. To jest niemoralne, nieetyczne, to po prostu wielki strzał w ryj i podeptanie dla całej kultury grania elektronicznego jako takiej. A najgorsze, że będzie ich coraz więcej, bo te pieprzone maszynki do ekstrakcji żerują na ludzkich instynktach i po prostu działają - zarabiają mnóstwo pieniędzy.

Trzeba oczywiście wspomnieć, że istnieją w tym cuchnącym bagnie małe kałuże czystej wody. W sklepie Path of Exile są naprawdę tylko przedmioty kosmetyczne. W samej grze nawet nie ma żadnych wyskakujących okienek typu "mało życia? szybko, wywalaj kasę na hiling połszyny!" Z kolei Battle of Polytopia, moja ulubiona gra mobilna, która jest strategią 4x do ukończenia w pół godziny, daje cztery frakcje za darmo i pozwala na dokupienie nowych po dolarze za sztukę. Przypomina to trochę po prostu kupowanie "expansion setów". Te darmowe cztery frakcje jednak wystarczają na zagrywanie się do absolutnego obrzydzenia. Kupiłem jedną dodatkową tylko dlatego, że strasznie lubię tę grę i chciałem wesprzeć twórcę. Czym się charakteryzują te produkcje? Ano tym, że jest tam przede wszystkim GRA. Gra, to znaczy system zasad, który stawia przed nami określony cel i przeszkody na drodze do jego osiągnięcia, wymagające zastosowania naszego mózgu lub zręczności, lub jednego i drugiego.

W takich parszywych abominacjach jak mobile strike, aka gubernator Kalifornii potrzebował pieniążka, czy game of war, aka cycki Kate Upton, są systemy, w których przeszkody pokonać możemy wyłącznie za pomocą naszego portfela. Żadnego wysiłku mózgowego, nic. Jak je odrzeć z całego lukru, to pozostanie tylko gigantyczny pasek postępu, który co jakiś czas krzyczy "wrzuć monetę". Tfu!

O ileż lepiej jest znaleźć ciekawą grę jakiegoś niezależnego twórcy, zapłacić mu te 10 czy 20 dolarów czy ile tam chce i cieszyć się kompletną grą, która daje mnóstwo satysfakcji i przy tym być może jeszcze coś sobą wyraża! Dzięki Internetom i platformom takim, jak Steam, Desura, GOG czy itch.io mamy łatwy dostęp do praktycznie nieograniczej liczby produkcji ze wszystkich możliwych gatunków. Może więc mały czelendż? Wyjebcie ze swojego komputera/tabletu/telefonu wszystkie "darmowe" gówna, a zainstalujcie jednego dobrego indyka. Co za ulga! I przy okazji mniej syfu na pulpicie! 

A co do dostępu do nieograniczonej ilości produkcji - to jest niestety miecz obosieczny. Ale ten wpis już i tak jest za długi, więc poględzę o tym kolejnym razem, gdy zdradzę wam tajniki mojej biblioteki Steam (hint: jest rozdęta jak nieszczęście).

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Gra nabiera kształtu

W sobotę porządnie przysiadłem i w rezultacie moja żenująca gra przyjęła postać prawie gotową. Prawie wszystko jest zaimplementowane - punkty, życia, przelatujące ufo, odgłosy, eksplozje, rosnący poziom trudności i w ogóle. 

Jestem z siebie nielicho dumny. To więcej niż mi się udało osiągnąć chyba od 20 lat. Jeszcze trochę plejtestowania i do czwartku będzie gotowe! Jeszcze nie wiem co zrobię jako następne, ale chyba kolejną prostacką gierkę a'la Atari 2600, żeby nabrać rozpędu. Może coś w stylu River Raid?

czwartek, 6 kwietnia 2017

Rezultat czelendża

Za dużo do pokazania nie ma, ale jest COKOLWIEK.

Link do pliku na moim gugieldrajwie

Powyżej można pobrać plik instalacyjny do bardzo parszywego prototypu nędznego klona space invaders. Póki co można przemieszczać stateczek, strzelać laserkami i niszczyć ufoki, które koślawo łażą od jednej strony ekranu do drugiej i w dół. Po zniszczeniu ostatniego ufoka pojawia się nowa fala, ale jeszcze nie można zginąć ani przegrać, gdy ufoki dotrą na sam dół.

Jednak na ekranie coś się rusza, jest jakaś interakcja i jakiś cel. To więcej niż zrobiłem przez ostatnie 10 lat.

Za tydzień ma być w pełni funkcjonalny prototyp - punkty, życia, gejmołwer skrin, strzelający obcy, może jakaś muzyczka. Może nie będzie wszystko dopięte na ostatni guzik, ale ma działać.

Z innych rzeczy, to wczoraj tak się zakopałem w programowaniu, że ucierpiał trochę zlew. Na szczęście dzisiaj rano doprowadziłem go do stanu odpowiedniego.

środa, 5 kwietnia 2017

Game Maker!

Zdecydowałem się na Game Makera z kilku powodów:

- Dziabnąłem go kiedyś na humble bundle z kilkoma modułami do eksportu na różne platformy.

- Ma dobry edytor wizualny i prosty, a skuteczny język skryptowy.

- Nie ma irytującego programowania blokowego jak stencyl (nie mogę go zdzierżyć!)

- Istnieją bimbaliardy tutoriali i poradników, bo to bardzo popularny program.

Co prawda nie jest darmowy ani open source, ale i tak już go mam. Wiadomo, wyszła nowa wersja, ale stara przecież nadal działa. Jeżeli będę chciał czegoś więcej, to się zacznę zastanawiać. Na razie spokojnie mi to wystarczy.

Kończę darmowy kurs Bena Andersona (heartbeast na youtube) i zamierzam dzisiaj coś sklecić. Będzie to coś absolutnie prostackiego i dziadowskiego, ale będzie i wrzucę to w internety jako dowód. Howgh!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Przypowieść o odkurzaczu

Podczas odkurzania czasami człowieka łapią różne dziwne przemyślenia. Wczoraj wieczorem ich przedmiotem był u mnie sam odkurzacz. Moim zdaniem powinniśmy traktować wszystkie urządzenia elektryczne i elektroniczne tak, jak traktujemy odkurzacz. 

Zanim zamkniecie okno przeglądarki kręcąc głową i myśląc "do reszty ocipiał", wysłuchajcie mojego kazania.

Mój odkurzacz to chyba jakiś Electrolux, w każdym razie taka wersja ultra cicha. Faktycznie jest znacznie mniej natarczywy, niż większość innych. Ma długi kabel i jedną dodatkową, dwustronną rozkładaną końcówkę. Używam go od jakichś 6 lat i jestem z niego bardzo zadowolony. Co z tego, zapytacie?

Większość ludzi chce mieć dobry odkurzacz, żeby zżerał kurz jak najefektywniej. Ale jakoś nikt nie biega i nie krzyczy "kurde, mój odkurzacz ma już rok, jest przedatowany! A ten nowy to zasysa o 30% lepiej, muszę go mieć!" Nie ma firm, które próbują wciskać gówniane odkurzacze w zawyżonej cenie, żerując na swoich fanbojach, którzy muszą koniecznie mieć przylepione jakieś logo. Nie ma reklam, w których gołe baby owijają się rurami i smyrają ssawki, a wielkie markety elektroniczne nie ryczą na nas "wyjeb swój stary (roczny) odkurzacz i kup taki sam, lecz nowy!". 

I wszyscy są zadowoleni - firmy nadal produkują odkurzacze, a ludzie je kupują, używają ich i najczęściej naprawiają do momentu, gdy się już nie da, a potem kupują nowe. Odkurzacz to tylko przedmiot - dobrze mieć porządny, ale nie jest to coś, od czego doznamy jakiejś dzikiej ekstazy. Tak samo jest z każdym innym przedmiotem. Dlatego postuluję: traktujmy wszystkie nasze sprzęty jak odkurzacz. Ja sobie zamierzam o tym przypominać za każdym razem, gdy złapie mnie żądza kupienia jakiegoś gadżetu.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Wybór silnika

W weekend byłem na działce, więc za dużo nie robiłem pod kątem projektowania gier - na działkę wyjeżdża się po to, żeby słuchać ptaszków i uśmiechać się do drzew, a nie siedzieć w komputerach.

Jednak poczyniłem wcześniej pewne kroki - zacząłem zgłębiać Godot Engine. I to wszystko do czego stosowałem Internet w domu - czelendż działa! Trochę się zniechęciłem na początku, myślałem czy nie przerzucić się chwilowo na game makera, bo prostszy (no i capnąłem ładny zestaw jakiś czas temu na humble bundle), ale myślę, żeby dalej w niego brnąć - bo darmowy, open source i mocno przypomina unity. Z drugiej strony do game makera jest o wiele więcej materiałów i tutoriali - znowu się zaczynam zapętlać. Zobaczymy jak to wyjdzie.

Poza tym - blog istnieje już od ponad miesiąca, a ja nadal nie kupiłem żadnego gadżetu. Hura dla mnie!