Skoro taki ze mnie minimalista to czemu się nie przesiądę ze smartfona na nokię 3310, albo jeszcze lepiej - na korespondencję na perfumowanej papeterii? To proste. Moim celem jest minimalizm, a nie cofanie się na siłę do poprzedniej epoki. Jestem wielkim fanem nowych technologii i uważam, że znacznie upraszczają one życie. A w minimaliźmie to właśnie o upraszczanie życia chodzi.
Dlatego używam i będę używać smartfonów. Zmiana jest tylko taka, że zamiast mieć ich 20 mam teraz ich znacznie mniej i dojrzewam do mienia jeszcze mniej. I staram się tak z nich korzystać, aby odzwierciedlić moje dążenia.
Jak smartfony upraszczają życie
- Mapy. Zawsze łatwo znaleźć drogę. Są też aplikacje z mapami szlaków w górach. Oczywiście kierowanie się papierkiem ma swój urok, ale dzięki smartfonowi się nie zgubimy choćby nie wiem co. I stracimy mniej czasu na sprawdzanie drogi.
- Aparat. Nie trzeba tarabanić ze sobą dodatkowego klocka. Plus flesz robi za latarkę.
- Odtwarzacz muzyki. Jak wyżej.
- Czytnik e-booków. Wprawdzie wolę Kindla, ale jak akurat go nie mam, to smartfon sprawdza się całkiem nieźle.
- Edycja dokumentów. Prowadzimy z Najlepszą Żoną (TM) budżet miesięczny, który znajduje się na moim dysku google. Dzięki aplikacji do edycji arkuszy kalkulacyjnych możemy wprowadzać wydatki od razu, zanim o nich zapomnimy.
- Pełnowymiarowa przeglądarka internetowa. Duh.
- Gry. Gram od dziecka i nikt mnie nie przekona, że to strata czasu. Owszem, dziubanie kryształków, żeby wyskakiwały z nich gwiazdki to najczęściej strata czasu, ale dla mnie Candy Crush Saga to nie gra tylko jakaś abominacja, której powinno się zakazać prawem Unii Europejskiej. W każdym razie gry traktuję tak samo jak książki.
- Możliwość podłączenia klawiatury i myszki i używania jak komputera - to działa w Androidzie i Windows Phone. Tak naprawdę era, w której możemy mieć jedno urządzenie zastępujące wszystkie pozostałe (telefon, komputer, aparat, kamera, czytnik e-booków, gps, odtwarzacz muzyki) już praktycznie jest z nami.
Jak smartfony utrudniają życie
- Media społecznościowe. Najlepiej wypieprzyć je wszystkie w cholerę.
- Powiadomienia. Ciągłe ćwierkanie i mryganie, że ktoś/coś się domaga mojej uwagi. Rozpraszają, zawracają tyłek, trudno się powstrzymać przed ich sprawdzeniem, a potem i tak się okazuje, że to nic istotnego. Najlepiej wyłączyć.
- Gówniane aplikacje. Wypełnione reklamami, "darmowe", zżerające cenne miejsce w pamięci i udające przydatność. Co jakiś czas najlepiej robić czystkę w telefonie i wychrzaniać to, czego nie używamy. Większość aplikacji, które są "potrzebne" jest do niczego niepotrzebna.
- Smartflony umożliwiają mitrężenie czasu w internetach wszędzie gdzie się znajdziemy. Na to trzeba szczególnie uważać. Przesrywanie czasu w necie jest już i tak wystarczająco złe w domu, ale tam przynajmniej można kompa wyłączyć i schować. Ze smartfonem trudniej to zrobić.
Stary szmelc vs. nowy Chińczyk
Używanie staroci ma wiele zalet. Stary iPhone 3GS ma praktycznie całość funkcjonalności, która sprawia, że smartfony są przydatne, a jednocześnie nie może wielu rzeczy, które są rozpraszaczami w nowszych sprzętach, albo robi je na tyle powoli, że się odechciewa. Oprócz tego jest mały i łatwo się wszędzie mieści, można go też bez problemu obsługiwać jedną ręką. Z drugiej strony mój nowy Xiaomi (wiem, że w rozumieniu standardowego gadżeciarza to już jest staroć, ale dla mnie nadal jest nowy) robi wszystko ekstremalnie szybko i nie ma takiej rzeczy, której by nie sprostał. To obejmuje np. dużą ilość miejsca na mapy, których używam dużo, bo lubię podróżować z Najlepszą Żoną (TM), i długi czas działania na baterii (3 dni w porywach). Pytanie teraz: czy warto porzucać część przydatnej funkcjonalności dla uproszczeń w innych aspektach? Czy po prostu mądrzej korzystać z urządzenia o lepszej funkcjonalności? Miotam się pomiędzy tymi dwoma opcjami i szczerze mówiąc nie wiem, która lepsza, ale powinienem się szybko zdecydować, bo jednym z założeń minimalizmu jest nietracenie czasu na pierdoły, a to właśnie jest pierdoła. Dzisiaj jestem na Xiaomi. Zobaczymy co dalej.
Od chomika elektronicznych śmieci i gadżetów do lepszego (minimalistycznego) jutra
wtorek, 7 marca 2017
poniedziałek, 6 marca 2017
Szafa
No i po łykędzie. Jeżeli chodzi o moje perypetie życiowe, to niczym blogerka modowa zrobiłem remanent w szafie. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że miałem tam górę dziurawych szmat nienadających się do noszenia. I kiedy mówię górę, to mam na myśli górę - po szurnięciu na łózko sięgała mi do szyi. Kto by pomyślał? W każdym razie wystarczyło je wypieprzyć i już się w szafie zrobiło luźno. I nie ma problemu ze znalezieniem niedziurawych gaci, żeby je na siebie wciągnąć rano. Może to mało gadżeciarski news, ale jak szaleć to szaleć.
Ponadto nastąpiła druga tura remanentu w szafce z papierami i okazało się, że jest tam jeszcze więcej niepotrzebnych śmieci. Ileż się, panie tego, nagle miejsca wszędzie zwalnia!
Ponadto nastąpiła druga tura remanentu w szafce z papierami i okazało się, że jest tam jeszcze więcej niepotrzebnych śmieci. Ileż się, panie tego, nagle miejsca wszędzie zwalnia!
piątek, 3 marca 2017
Wena chodź
Dzisiaj jakoś mi wena nie chce przyjść na sensownego posta, piszę i kasuję już chyba szósty raz. Na razie oleję, zamiast posta dostaniecie poemat tragikomiczny, który sporządziłem dzieckiem będąc, gdy na dworze lało, a ojciec wręczył mi butle i kazał iść do ujęcia wody oligoceńskiej. Ekhem...
W tą okropną niepogodę
Kazał tatuś iść po wodę
Leje, pada, siąpi, chlupie
Tatuś miał to wszystko w nosie
Idzie Maciuś mokry, biedny
Bo go wysłał tatuś wredny
Z głodu aż drży główka mała
Bo mamusia jeść nie dała
W tą okropną niepogodę
Kazał tatuś iść po wodę
Leje, pada, siąpi, chlupie
Tatuś miał to wszystko w nosie
Idzie Maciuś mokry, biedny
Bo go wysłał tatuś wredny
Z głodu aż drży główka mała
Bo mamusia jeść nie dała
czwartek, 2 marca 2017
Jaka kurde przestarzałość?
Urządzenia elektroniczne w, za przeproszeniem, "dzisiejszych czasach" są przestarzałe w zasadzie już w momencie, kiedy pani w kasie wyda nam paragon. Tak naprawdę możemy po odejściu od kasy wypieprzyć urządzenie nawet go nie rozpakowując i zawrócić, aby kupić nowsze. Nie będziemy ich w ogóle używać, ale przecież nie o to chodzi.
Jeżeli chciałoby się ich jednak używać, warto zadać sobie pytanie - co to do cholery znaczy przestarzałe? Że w smartfonie nie będę miał nowej rewolucyjnej funkcji inteligentnego popierdywania, bo telewizorek nie ma technologii TVOY-HOY opracowanej w tajnych laboratoriach w Shenzhen?
Każdy gadżeciarz to zna - muszę mieć nowe, bo stare nie dostanie aktualizacji systemu z wersji Ziutek do wersji Fiutek 10.17.2.3.8.9.123.1-B. Często nawet się nie zastanawiamy po kiego to robimy. A czasami warto. Dlaczego więc chcemy koniecznie mieć nową wersję systemu Fiutek?
1. W wersji Fiutek 10.17.2.3.8.9.123.1-B są nowe funkcje, których nie będziemy mieć, jeżeli zostaniemy przy wersji Ziutek. Ok, a cóż to za nowe funkcje? A, że jak przytrzymam dłużej ikonkę paluszkiem to robi "blulululululu" i wyskakują z niej gwiazdki. Że jak uruchomię aparat, to obrazek wskakuje z lewej, a nie z prawej. Że ikonka telefonu ma ładniejszą słuchaweczkę. Wiadomo, przesadzam, ale jak o tym pomyśleć, to te "nowe funkcje" stają się powoli tak wydumane, że nie oferują tak naprawdę nic, co by rzeczywiście w jakiś sposób usprawniało działanie urządzenia. Same zasłony dymne, żeby stworzyć sztuczne potrzeby i zmusić klejentów do apgrejda. Ach, sztuczne potrzeby. Jeszcze do was wrócimy, boście w tym wszystkim kluczowe.
2. Bezpieczeństwo! Luki! Wykradanie danych! Lelum polelum! Kiedy ostatnio złapaliście wirusa na komórkę? Tak myślałem. Taka sama pułapka, jak ubezpieczenia. Będę odsączał sobie kasę z konta na ten 1:100000000000000000 wypadek że coś się stanie. "Ale ja mam bardzo wrażliwe dane na smartfonie, wszystkie numery swoich kart płatniczych z hasłami do kont! Szyfr do skarbca w Szwajcarii!" To może lepiej tego nie mieć na komórce? Tak naprawdę jak ktoś chce się włamać, to się włamie. Chce ukraść, to ukradnie. Nieważne czy fiutek, czy ziutek.
3. W wersji Ziutek nie działa nowa aplikacja do robienia zdjęć cebuli! No dobra - ale czy te nowe aplikacje są naprawdę potrzebne, czy po prostu nagle wszyscy zaczynają je ściągać i trzeba je mieć, żeby być trendy? Trzeba mieć ze sobą 50 różnych sieci społecznościowych, żeby wymieniać obelgi z ludźmi, których nie widzieliśmy na oczy? Większość nowych aplikacji jest tak naprawdę bezwartościowa, no bo, cholera jasna, na ile różnych sposobów można z kimś czatować i klikać w kryształki?
To co chcę powiedzieć, to że przed podniesieniem larum, że przestarzałe, że trzeba mieć nowe, warto pomyśleć - czy te nowe funkcje w jakikolwiek sposób podniosą moją jakość życia? Czy będę dzięki nim bardziej szczęśliwy? Czy po prostu będą wydzierać mi jeszcze więcej mojego cennego czasu i uwagi?
Jeżeli chciałoby się ich jednak używać, warto zadać sobie pytanie - co to do cholery znaczy przestarzałe? Że w smartfonie nie będę miał nowej rewolucyjnej funkcji inteligentnego popierdywania, bo telewizorek nie ma technologii TVOY-HOY opracowanej w tajnych laboratoriach w Shenzhen?
Każdy gadżeciarz to zna - muszę mieć nowe, bo stare nie dostanie aktualizacji systemu z wersji Ziutek do wersji Fiutek 10.17.2.3.8.9.123.1-B. Często nawet się nie zastanawiamy po kiego to robimy. A czasami warto. Dlaczego więc chcemy koniecznie mieć nową wersję systemu Fiutek?
1. W wersji Fiutek 10.17.2.3.8.9.123.1-B są nowe funkcje, których nie będziemy mieć, jeżeli zostaniemy przy wersji Ziutek. Ok, a cóż to za nowe funkcje? A, że jak przytrzymam dłużej ikonkę paluszkiem to robi "blulululululu" i wyskakują z niej gwiazdki. Że jak uruchomię aparat, to obrazek wskakuje z lewej, a nie z prawej. Że ikonka telefonu ma ładniejszą słuchaweczkę. Wiadomo, przesadzam, ale jak o tym pomyśleć, to te "nowe funkcje" stają się powoli tak wydumane, że nie oferują tak naprawdę nic, co by rzeczywiście w jakiś sposób usprawniało działanie urządzenia. Same zasłony dymne, żeby stworzyć sztuczne potrzeby i zmusić klejentów do apgrejda. Ach, sztuczne potrzeby. Jeszcze do was wrócimy, boście w tym wszystkim kluczowe.
2. Bezpieczeństwo! Luki! Wykradanie danych! Lelum polelum! Kiedy ostatnio złapaliście wirusa na komórkę? Tak myślałem. Taka sama pułapka, jak ubezpieczenia. Będę odsączał sobie kasę z konta na ten 1:100000000000000000 wypadek że coś się stanie. "Ale ja mam bardzo wrażliwe dane na smartfonie, wszystkie numery swoich kart płatniczych z hasłami do kont! Szyfr do skarbca w Szwajcarii!" To może lepiej tego nie mieć na komórce? Tak naprawdę jak ktoś chce się włamać, to się włamie. Chce ukraść, to ukradnie. Nieważne czy fiutek, czy ziutek.
3. W wersji Ziutek nie działa nowa aplikacja do robienia zdjęć cebuli! No dobra - ale czy te nowe aplikacje są naprawdę potrzebne, czy po prostu nagle wszyscy zaczynają je ściągać i trzeba je mieć, żeby być trendy? Trzeba mieć ze sobą 50 różnych sieci społecznościowych, żeby wymieniać obelgi z ludźmi, których nie widzieliśmy na oczy? Większość nowych aplikacji jest tak naprawdę bezwartościowa, no bo, cholera jasna, na ile różnych sposobów można z kimś czatować i klikać w kryształki?
To co chcę powiedzieć, to że przed podniesieniem larum, że przestarzałe, że trzeba mieć nowe, warto pomyśleć - czy te nowe funkcje w jakikolwiek sposób podniosą moją jakość życia? Czy będę dzięki nim bardziej szczęśliwy? Czy po prostu będą wydzierać mi jeszcze więcej mojego cennego czasu i uwagi?
Przesiew sprzętów
Moje pierwsze nieśmiałe konwulsje podjęte parę miesięcy temu na drodze do ograniczenia pierdolnika polegały na zmniejszeniu liczby posiadanych przeze mnie urządzeń elektronicznych. W najlepszych latach niepohamowanego gadżeciarstwa z szuflad wylewały mi się sprzęty takie, jak:
- HTC Wildfire, mój pierwszy smartfon
- HTC Wildfire S, smartfon używany jakiś czas przez moją Małżonkę
- Sony xperia x10, stary telefon służbowy mojej Małżonki
- Sony xperia S, jeszcze jeden stary telefon służbowy mojej Małżonki
- Samsung Galaxy Mini, stary telefon mojej mamy, który wziąłem do "zabawy"
- Goclever Quantum2 400, nabyty na etapie, kiedy jeszcze mi się wydawało że tanie sprzęty nie muszą być gówniane.
- Nokia Asha 503 - nabyta z ciekawości
- Microsoft Lumia 535 - bo chciałem się przerzucić na Windows
- Microsoft Lumia 435 - bo chciałem zobaczyć jak działają gówniane smartfony z Windows (całkiem dobrze)
- Nokia Lumia 820 - bo chciałem w końcu mieć dobrego smartfona z Windows (jest dobra)
- iPhone 3GS - żeby grać w starocie z appstora
- iPhone 4S - bo teraz już tani i dobry
- Bardzo liczne stare telefony z guzikami
- Tablet Manta coś tam, taki mały dziadowski (na fali mojej fascynacji dziadowskimi tabletami)
- Tablet Kiano Elegance 8 3G by Zanetti (cóż za chwytliwa nazwa).
- Tablet Alcatel One Touch coś tam pixi coś tam dupa 8 coś tam tego (też chwytliwa nazwa), bo w promocji do internetu dodawali
- Tablet Lenovo Tab2 coś tam, bo w promocji
- Tablet Colorovo Citytab Supreme 8, bo z Windows.
Wow. Spróbujcie teraz używać tego wszystkiego naraz. Nie da się (przypominała mi o tym często moja Małżonka). Moje pierwsze instynkty, w pewnym stopniu słuszne, zakładały więc wyzbycie się tego wszystkiego i zakup czegoś naprawdę dobrego, czego bym używał. Po wyczerpującej wyprzedaży na allegro zostały mi z tego wszystkiego tylko te dwa iPhony, Lumia 820 i tablet Colorovo (tylko dlatego, że pierdykło się w nim resetowanie do ustawień fabrycznych, a wywalać szkoda). Nabyłem za to Xiaomi Redmi 3 Pro, naprawdę świetny smartfon, ale... teraz dałngrejdnąłem się do iPhona 3GS, którego w założeniu nie miałem zamiaru używać jako telefonu. Do tego jeszcze dojdziemy. Z kolei w ramach porządnych tabletów zaopatrzyłem się w iPada Air 2 - jest super świetny i ma fajny duży telewizorek, iPada Mini 2 - bo mały i podróżny i oooo, jaki uroczy - i iPada (tego pierwszego) - no bo bez gówien chyba nie umiem przeżyć. Trochę z deszczu pod rynnę, ale i tak z cholera wie ilu sprzętów zrobiło się tylko siedem. Od czterech miesięcy nie kupiłem też żadnego nowego - a wierzcie mi, że jest to dla mnie osiągnięcie. Droga jeszcze daleka, ale impruwment jest.
- HTC Wildfire, mój pierwszy smartfon
- HTC Wildfire S, smartfon używany jakiś czas przez moją Małżonkę
- Sony xperia x10, stary telefon służbowy mojej Małżonki
- Sony xperia S, jeszcze jeden stary telefon służbowy mojej Małżonki
- Samsung Galaxy Mini, stary telefon mojej mamy, który wziąłem do "zabawy"
- Goclever Quantum2 400, nabyty na etapie, kiedy jeszcze mi się wydawało że tanie sprzęty nie muszą być gówniane.
- Nokia Asha 503 - nabyta z ciekawości
- Microsoft Lumia 535 - bo chciałem się przerzucić na Windows
- Microsoft Lumia 435 - bo chciałem zobaczyć jak działają gówniane smartfony z Windows (całkiem dobrze)
- Nokia Lumia 820 - bo chciałem w końcu mieć dobrego smartfona z Windows (jest dobra)
- iPhone 3GS - żeby grać w starocie z appstora
- iPhone 4S - bo teraz już tani i dobry
- Bardzo liczne stare telefony z guzikami
- Tablet Manta coś tam, taki mały dziadowski (na fali mojej fascynacji dziadowskimi tabletami)
- Tablet Kiano Elegance 8 3G by Zanetti (cóż za chwytliwa nazwa).
- Tablet Alcatel One Touch coś tam pixi coś tam dupa 8 coś tam tego (też chwytliwa nazwa), bo w promocji do internetu dodawali
- Tablet Lenovo Tab2 coś tam, bo w promocji
- Tablet Colorovo Citytab Supreme 8, bo z Windows.
Wow. Spróbujcie teraz używać tego wszystkiego naraz. Nie da się (przypominała mi o tym często moja Małżonka). Moje pierwsze instynkty, w pewnym stopniu słuszne, zakładały więc wyzbycie się tego wszystkiego i zakup czegoś naprawdę dobrego, czego bym używał. Po wyczerpującej wyprzedaży na allegro zostały mi z tego wszystkiego tylko te dwa iPhony, Lumia 820 i tablet Colorovo (tylko dlatego, że pierdykło się w nim resetowanie do ustawień fabrycznych, a wywalać szkoda). Nabyłem za to Xiaomi Redmi 3 Pro, naprawdę świetny smartfon, ale... teraz dałngrejdnąłem się do iPhona 3GS, którego w założeniu nie miałem zamiaru używać jako telefonu. Do tego jeszcze dojdziemy. Z kolei w ramach porządnych tabletów zaopatrzyłem się w iPada Air 2 - jest super świetny i ma fajny duży telewizorek, iPada Mini 2 - bo mały i podróżny i oooo, jaki uroczy - i iPada (tego pierwszego) - no bo bez gówien chyba nie umiem przeżyć. Trochę z deszczu pod rynnę, ale i tak z cholera wie ilu sprzętów zrobiło się tylko siedem. Od czterech miesięcy nie kupiłem też żadnego nowego - a wierzcie mi, że jest to dla mnie osiągnięcie. Droga jeszcze daleka, ale impruwment jest.
środa, 1 marca 2017
Czystka
Ostatnio przetrzebiłem jedną ze swoich szafek i wypieprzyłem wielką materiałową torbę pełną papierów. To znaczy papiery wypieprzyłem, torba została. Zadziwiające, co człowiek potrafi trzymać nie wiadomo po co. Jakieś stare zeszyty, zapiski nie wiadomo o czym, losowe kawałki plastiku... wpierdacza się to wszystko do szafy, upycha kolanem i zapomina, do momentu kiedy się ją znowu otworzy - i wtedy "lelum polelum, co ja biedny uczynić mam" i z powrotem się ją zamyka. A ona tam siedzi i w ciemności knuje, a śmieci, gdy nikt nie patrzy, rozmnażają się przez pączkowanie i tylko czekać, aż od jakiejś określonej masy krytycznej zyskają samoświadomość i zaczną zadawać niewygodne pytania.
"Dlaczego trzymasz nas zamknięte w ciemnicy?"
"Co jest poza szafą?"
"Czym jest wszechświat? Po co żyjemy?"
Brrr... dobrze, że się ich już pozbyłem. Do tego zmiotłem rzeczy z biurka, zwłaszcza pojemniki z 129873198 długopisami sterczącymi nie wiadomo w jakim celu. Co, mam coś ręcznie pisać? Niedoczekanie.
"Dlaczego trzymasz nas zamknięte w ciemnicy?"
"Co jest poza szafą?"
"Czym jest wszechświat? Po co żyjemy?"
Brrr... dobrze, że się ich już pozbyłem. Do tego zmiotłem rzeczy z biurka, zwłaszcza pojemniki z 129873198 długopisami sterczącymi nie wiadomo w jakim celu. Co, mam coś ręcznie pisać? Niedoczekanie.
Wariat, czy co?
Piszą o tym wszyscy o wiele mądrzejsi ode mnie blogerzy, ale na wszelki wypadek zaznaczę - minimalizm niekoniecznie polega na posiadaniu jednej obdartej koszuli, śmierdzeniu i żarciu trawy*. Ja w każdym razie nie zamierzam tego robić. Minimalizm to dla mnie trochę jak zjedzenie czerwonej pigułki i wychylenie łba z matriksa. Można by zapytać, "a po cholere mie to?"
Większość ludzi w tzw. krajach rozwiniętych, do których Polska wbrew pozorom należy, patrzy któregoś dnia na jakiś regał/szafkę/whatever i myśli "matko, co za pierdolnik". Zbyt liczne graty potrafią przytłaczać, burdel na biurku jest wyczerpujący, góra niepozmywanych naczyń groźnie zgrzyta i grozi zawaleniem. Większość z tych ludzi następnie spędza w pocie czoła długie godziny na sprzątaniu tego pierdolnika, a następnie radośnie idzie i kupuje jeszcze więcej gówien, co skutkuje dalszą inflacją tegoż, oraz deflacją portfela.
Niektórzy jednak zadają sobie w pewnym momencie podstawowe pytanie, które już zostało wcześniej przywołane: "a po cholere mie to? Po cholerę gromadzę te wszystkie śmieci? Po cholerę wydaję pieniądze na rzeczy, których nawet nie mam czasu używać?" W moim przypadku bodźcem było wieczne nienasycenie. Używałem jakiegoś sprzętu przez chwilę, po czym znowu buszowałem po allegro w poszukiwaniu czegoś nowego. Nie osiągnęło to nigdy jakichś monstrualnych rozmiarów, nie doszło do przepuszczania rodzinnej fortuny na pierdoły, ale jednak jak człowiek ma w szufladzie dwadzieścia smartfonów i tabletów różnej proweniencji, to coś chyba jest nie tak.
Jeszcze inną rzeczą jest przesycenie nadmierną konsumpcją. Mój attention span przez to spadł niemal do zera. Kiedyś grałem w gry i czytałem książki do końca. Teraz nie jestem w stanie skupić uwagi na jednej grze na tyle, żeby gdziekolwiek dojść. Zaczynam piętnaście książek naraz i nie kończę. No ale jak się ma 400 gier w bibliotece steam i pierdyliard darmowych książek z amazona na kindlu, a tylko kilka godzin dziennie, to można albo się zesrać, albo wybuchnąć, albo jedno i drugie. Tylko nie wiadomo w jakiej kolejności.
Strasznie mnie to irytuje. Tym bardziej, że poza tym należę raczej do osób zadowolonych z życia i nie potrzebujących zbyt wiele do szczęścia. Powiedziałem więc: stop! Następnie zacząłem czytać hipsterskie książki i blogi i powoli wdrażać szeroko zakrojone zmiany w swojej egzystencji. Więcej smędzenia wkrótce.
*Warto zauważyć, że jak się doda do tego brodę i okulary to wyjdzie Steve Jobs
Większość ludzi w tzw. krajach rozwiniętych, do których Polska wbrew pozorom należy, patrzy któregoś dnia na jakiś regał/szafkę/whatever i myśli "matko, co za pierdolnik". Zbyt liczne graty potrafią przytłaczać, burdel na biurku jest wyczerpujący, góra niepozmywanych naczyń groźnie zgrzyta i grozi zawaleniem. Większość z tych ludzi następnie spędza w pocie czoła długie godziny na sprzątaniu tego pierdolnika, a następnie radośnie idzie i kupuje jeszcze więcej gówien, co skutkuje dalszą inflacją tegoż, oraz deflacją portfela.
Niektórzy jednak zadają sobie w pewnym momencie podstawowe pytanie, które już zostało wcześniej przywołane: "a po cholere mie to? Po cholerę gromadzę te wszystkie śmieci? Po cholerę wydaję pieniądze na rzeczy, których nawet nie mam czasu używać?" W moim przypadku bodźcem było wieczne nienasycenie. Używałem jakiegoś sprzętu przez chwilę, po czym znowu buszowałem po allegro w poszukiwaniu czegoś nowego. Nie osiągnęło to nigdy jakichś monstrualnych rozmiarów, nie doszło do przepuszczania rodzinnej fortuny na pierdoły, ale jednak jak człowiek ma w szufladzie dwadzieścia smartfonów i tabletów różnej proweniencji, to coś chyba jest nie tak.
Jeszcze inną rzeczą jest przesycenie nadmierną konsumpcją. Mój attention span przez to spadł niemal do zera. Kiedyś grałem w gry i czytałem książki do końca. Teraz nie jestem w stanie skupić uwagi na jednej grze na tyle, żeby gdziekolwiek dojść. Zaczynam piętnaście książek naraz i nie kończę. No ale jak się ma 400 gier w bibliotece steam i pierdyliard darmowych książek z amazona na kindlu, a tylko kilka godzin dziennie, to można albo się zesrać, albo wybuchnąć, albo jedno i drugie. Tylko nie wiadomo w jakiej kolejności.
Strasznie mnie to irytuje. Tym bardziej, że poza tym należę raczej do osób zadowolonych z życia i nie potrzebujących zbyt wiele do szczęścia. Powiedziałem więc: stop! Następnie zacząłem czytać hipsterskie książki i blogi i powoli wdrażać szeroko zakrojone zmiany w swojej egzystencji. Więcej smędzenia wkrótce.
*Warto zauważyć, że jak się doda do tego brodę i okulary to wyjdzie Steve Jobs
Subskrybuj:
Posty (Atom)