Piszą o tym wszyscy o wiele mądrzejsi ode mnie blogerzy, ale na wszelki wypadek zaznaczę - minimalizm niekoniecznie polega na posiadaniu jednej obdartej koszuli, śmierdzeniu i żarciu trawy*. Ja w każdym razie nie zamierzam tego robić. Minimalizm to dla mnie trochę jak zjedzenie czerwonej pigułki i wychylenie łba z matriksa. Można by zapytać, "a po cholere mie to?"
Większość ludzi w tzw. krajach rozwiniętych, do których Polska wbrew pozorom należy, patrzy któregoś dnia na jakiś regał/szafkę/whatever i myśli "matko, co za pierdolnik". Zbyt liczne graty potrafią przytłaczać, burdel na biurku jest wyczerpujący, góra niepozmywanych naczyń groźnie zgrzyta i grozi zawaleniem. Większość z tych ludzi następnie spędza w pocie czoła długie godziny na sprzątaniu tego pierdolnika, a następnie radośnie idzie i kupuje jeszcze więcej gówien, co skutkuje dalszą inflacją tegoż, oraz deflacją portfela.
Niektórzy jednak zadają sobie w pewnym momencie podstawowe pytanie, które już zostało wcześniej przywołane: "a po cholere mie to? Po cholerę gromadzę te wszystkie śmieci? Po cholerę wydaję pieniądze na rzeczy, których nawet nie mam czasu używać?" W moim przypadku bodźcem było wieczne nienasycenie. Używałem jakiegoś sprzętu przez chwilę, po czym znowu buszowałem po allegro w poszukiwaniu czegoś nowego. Nie osiągnęło to nigdy jakichś monstrualnych rozmiarów, nie doszło do przepuszczania rodzinnej fortuny na pierdoły, ale jednak jak człowiek ma w szufladzie dwadzieścia smartfonów i tabletów różnej proweniencji, to coś chyba jest nie tak.
Jeszcze inną rzeczą jest przesycenie nadmierną konsumpcją. Mój attention span przez to spadł niemal do zera. Kiedyś grałem w gry i czytałem książki do końca. Teraz nie jestem w stanie skupić uwagi na jednej grze na tyle, żeby gdziekolwiek dojść. Zaczynam piętnaście książek naraz i nie kończę. No ale jak się ma 400 gier w bibliotece steam i pierdyliard darmowych książek z amazona na kindlu, a tylko kilka godzin dziennie, to można albo się zesrać, albo wybuchnąć, albo jedno i drugie. Tylko nie wiadomo w jakiej kolejności.
Strasznie mnie to irytuje. Tym bardziej, że poza tym należę raczej do osób zadowolonych z życia i nie potrzebujących zbyt wiele do szczęścia. Powiedziałem więc: stop! Następnie zacząłem czytać hipsterskie książki i blogi i powoli wdrażać szeroko zakrojone zmiany w swojej egzystencji. Więcej smędzenia wkrótce.
*Warto zauważyć, że jak się doda do tego brodę i okulary to wyjdzie Steve Jobs
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz