Wskrzeszam trupa. Nie wiem jeszcze czy to się uda, na razie jestem na etapie podłączania wszystkich elektrod i puszczania prądu przez nieosłonięte przewody. Wyciągam rękę po wajchę, zaraz ją przestawię. Zobaczymy, czy będę mógł diabolicznie krzyknąć "it's alive!". Stay tuned.
Od chomika elektronicznych śmieci i gadżetów do lepszego (minimalistycznego) jutra
czwartek, 12 sierpnia 2021
wtorek, 29 maja 2018
No żesz w dupę jeża
Jak w temacie. Zastanawiałem się już nie raz i nie dwa czy nie zwinąć maneli z tym blogiem, ale tak łatwo nie ma. Dzisiaj jest 29 maja, a ostatni post napisałem... 23 marca? E, to tylko 2 miechy. Co to jest.
No, w każdym razie postępuję na drodze zmiany kariery potykając się obficie i nie jest bardzo fatalnie. Stworzyłem sobie konto na itch.io (o tutaj) gdzie można zagrać w dwie moje nowe gry - jedna to klon flappy birda, druga to po raz kolejny space invaders na sterydach. Tym razem nie babrałem się jednak w żadne game makery, jedną napisałem w javascripcie i phaserze, drugą w haxe i haxeflixelu. Robiłem sobie dedlajny i udało mi się jakoś nie zdupić i je skończyć. To bardzo przyjemne uczucie.
Na moją kolejną produkcję planuję klon asteroidów, a postępy prac można śledzić na moim githubie, którego w końcu sobie założyłem.
Jeżeli chodzi o minimalizm, to ostatnio się złamałem i nakupiłem kartridży do Atari 2600. Ale gry na tę konsolę są wybitnie minimalistyczne, więc tak sobie to będę tłumaczył. Może następny post nadziubię właśnie o niej?
No, w każdym razie postępuję na drodze zmiany kariery potykając się obficie i nie jest bardzo fatalnie. Stworzyłem sobie konto na itch.io (o tutaj) gdzie można zagrać w dwie moje nowe gry - jedna to klon flappy birda, druga to po raz kolejny space invaders na sterydach. Tym razem nie babrałem się jednak w żadne game makery, jedną napisałem w javascripcie i phaserze, drugą w haxe i haxeflixelu. Robiłem sobie dedlajny i udało mi się jakoś nie zdupić i je skończyć. To bardzo przyjemne uczucie.
Na moją kolejną produkcję planuję klon asteroidów, a postępy prac można śledzić na moim githubie, którego w końcu sobie założyłem.
Jeżeli chodzi o minimalizm, to ostatnio się złamałem i nakupiłem kartridży do Atari 2600. Ale gry na tę konsolę są wybitnie minimalistyczne, więc tak sobie to będę tłumaczył. Może następny post nadziubię właśnie o niej?
piątek, 23 marca 2018
Mój pulpit w pracy
Pochwalę się screenshotem pulpitu na moim pracowym komputerze:
Nasuwają się teraz dwa pytania: Macieju, jak osiągnąłeś tak czysty pulpit? I, co ważniejsze, po cholerę to robiłeś?
Niektórzy z czytelników zapewne pamiętają mój krótki poradnik - otóż postanowiłem rozwinąć tę myśl i pójść o krok dalej. To znaczy ukryć pasek zadań, gdy nie jest używany. Teraz, gdy mój komputer się włącza, nie wita mnie miliard różnych ikon, od których można dostać oczopląsu, tylko to urocze zdjęcie, które zrobiłem w Kampinosie.
Ukrycie paska zadań ma też inne zalety - nie rozpraszają mnie ikony na dole, nie sprawdzam ciągle która godzina, a na ekranie jest więcej miejsca, co przy zestawieniu rozdzielczości HD i rozmiaru wyświetlania niektórych okien ma wbrew pozorom znaczenie.
W Windowsach można bardzo dużo zrobić za pomocą skrótów klawiszowych i przez większość czasu pasek zadań jest po prostu niepotrzebny! Przykładowo, ja zawsze uruchamiam aplikacje klikając kafelek w panelu startowym albo po prostu wpisując nazwę w wyszukiwarce - a żeby wywołać panel startowy/wyszukiwarkę wystarczy nacisnąć guzik z logo Windows, z którym na tę okoliczność się przeprosiłem.
Chwilę się trzeba przyzwyczaić, ale spróbować warto.
Nasuwają się teraz dwa pytania: Macieju, jak osiągnąłeś tak czysty pulpit? I, co ważniejsze, po cholerę to robiłeś?
Niektórzy z czytelników zapewne pamiętają mój krótki poradnik - otóż postanowiłem rozwinąć tę myśl i pójść o krok dalej. To znaczy ukryć pasek zadań, gdy nie jest używany. Teraz, gdy mój komputer się włącza, nie wita mnie miliard różnych ikon, od których można dostać oczopląsu, tylko to urocze zdjęcie, które zrobiłem w Kampinosie.
Ukrycie paska zadań ma też inne zalety - nie rozpraszają mnie ikony na dole, nie sprawdzam ciągle która godzina, a na ekranie jest więcej miejsca, co przy zestawieniu rozdzielczości HD i rozmiaru wyświetlania niektórych okien ma wbrew pozorom znaczenie.
W Windowsach można bardzo dużo zrobić za pomocą skrótów klawiszowych i przez większość czasu pasek zadań jest po prostu niepotrzebny! Przykładowo, ja zawsze uruchamiam aplikacje klikając kafelek w panelu startowym albo po prostu wpisując nazwę w wyszukiwarce - a żeby wywołać panel startowy/wyszukiwarkę wystarczy nacisnąć guzik z logo Windows, z którym na tę okoliczność się przeprosiłem.
Chwilę się trzeba przyzwyczaić, ale spróbować warto.
czwartek, 15 marca 2018
Jeden to nie trzy
No bo mogłem znowu zwlekać przez trzy miesiące, ale tym razem zwlekałem tylko jeden. Hura dla mnie.
W każdym razie kursy postępują, nie cofam się wstecz i mam nowego laptopa. Hura dla mnie dwa razy.
Z rzeczy bardziej minimalistycznych to w końcu pozbyłem się burdlu w kącie pod kaloryferem (gdzie leżało cholerawieco, naprawdę, po prostu szurnięte rzeczy losowo) i wywaliłem kolejną torbę papierów. Najważniejsze, żeby nie próbować ogarnąć wszystkiego naraz, bo tak to się jeno zesrać można, tylko pojedynczo. Jedna szuflada, jedna szafka, jeden stos gówna pod kaloryferem naraz.
Zrobiłem też porządek z kablami od komputera pod biurkiem. Teraz w ogóle ich nie widać. Może się wydawać że to informacja typu "wyniosłem śmieci. Yay." ale przysięgam, że to cudowny lek na skołatane nerwy. Nie ma nic gorszego niż plątanina kabli wiecznie walająca się pod nogami, gdy człowiek siedzi przy biurku, a docenia się to dopiero po ich uprzątnięciu. Trochę tak jak z pieprznikiem na pulpicie w komputerze.
Dobra, mam nadzieję, że następny raz nastąpi szybciej niż za miesiąc, i że wówczas napiszę coś ciekawszego.
W każdym razie kursy postępują, nie cofam się wstecz i mam nowego laptopa. Hura dla mnie dwa razy.
Z rzeczy bardziej minimalistycznych to w końcu pozbyłem się burdlu w kącie pod kaloryferem (gdzie leżało cholerawieco, naprawdę, po prostu szurnięte rzeczy losowo) i wywaliłem kolejną torbę papierów. Najważniejsze, żeby nie próbować ogarnąć wszystkiego naraz, bo tak to się jeno zesrać można, tylko pojedynczo. Jedna szuflada, jedna szafka, jeden stos gówna pod kaloryferem naraz.
Zrobiłem też porządek z kablami od komputera pod biurkiem. Teraz w ogóle ich nie widać. Może się wydawać że to informacja typu "wyniosłem śmieci. Yay." ale przysięgam, że to cudowny lek na skołatane nerwy. Nie ma nic gorszego niż plątanina kabli wiecznie walająca się pod nogami, gdy człowiek siedzi przy biurku, a docenia się to dopiero po ich uprzątnięciu. Trochę tak jak z pieprznikiem na pulpicie w komputerze.
Dobra, mam nadzieję, że następny raz nastąpi szybciej niż za miesiąc, i że wówczas napiszę coś ciekawszego.
środa, 7 lutego 2018
Gówniany trend się utrzymuje
I znowu prawie trzy miesiące przerwy od poprzedniego wpisu. Dobrze, że nie jeszcze dłużej, przynajmniej odległość od dna się nie zmniejsza.
Z pozytywnych wieści to z nowym rokiem dokonałem zakupu kilku kursów na Udemy w promocji i jestem w trakcie uczenia się HTML/CSS/Javascripta i programowania na Androida (w Javie). Trend utrzymuje się już dłuższy czas i idzie mi całkiem nieźle, więc możecie mi życzyć szczęścia. Oczywiście rozpoczęcie kursu na Androida sprawiło, że kupiłem sobie tablet doświadczalny z zielonym robotem. Na drodze minimalizmu krok... trudno powiedzieć, w bok? Z jednej strony kolejny elektroniczny szmelc, z drugiej - na czymś te aplikacje jednak trzeba testować.
Ale mogło być gorzej - mogłem się uprzeć na Swifta i kupić sobie Maca tłumacząc, że to w zbożnym celu. (Nie, wcale nie mam teraz otwartego allegro i nie oglądam Macbooków! To oszczerstwo!)
Z pozytywnych wieści to z nowym rokiem dokonałem zakupu kilku kursów na Udemy w promocji i jestem w trakcie uczenia się HTML/CSS/Javascripta i programowania na Androida (w Javie). Trend utrzymuje się już dłuższy czas i idzie mi całkiem nieźle, więc możecie mi życzyć szczęścia. Oczywiście rozpoczęcie kursu na Androida sprawiło, że kupiłem sobie tablet doświadczalny z zielonym robotem. Na drodze minimalizmu krok... trudno powiedzieć, w bok? Z jednej strony kolejny elektroniczny szmelc, z drugiej - na czymś te aplikacje jednak trzeba testować.
Ale mogło być gorzej - mogłem się uprzeć na Swifta i kupić sobie Maca tłumacząc, że to w zbożnym celu. (Nie, wcale nie mam teraz otwartego allegro i nie oglądam Macbooków! To oszczerstwo!)
piątek, 3 listopada 2017
Mogło być gorzej
Trzy miesiące to jeszcze i tak nie najdłuższa przerwa jaką zrobiłem w blogowaniu/filmowaniu/whatever. Teraz skrobię mimo, że mi się nie chce i nie wiem o czym, znowu tylko po to żeby coś naskrobać. Może w trakcie tego skrobania mnie natchnie i nagle wrócę do regularnego pisania? Ech... chyba muszę znowu rozszerzyć zakres tematyczny bloga, bo jakoś nie wyobrażam sobie napinania się w celu nasmarowania notki na jakiś temat, na który zupełnie nie mam weny.
W końcu blog nosi tytuł "minimalizm gadżeciarza", a skoro gadżeciarz, to nerd, a jak nerd, to i gracz w różne gry. Zresztą to już wiecie. Może zacznę na niniejszych łamach narzekać na gówniane gry? Czemu nie.
Kontynuując temat gier (segue segue), moje programowanie leży i jęczy. Ale hej, nie z takiego dna już je podnosiłem. Coś tam pamiętam z tego szczątkowego kursu html5, który zrobiłem na code academy, więc nie wszystko w las poszło. Trzeba tylko odgrzebać i iść dalej. Lewa noga, prawa noga.
W końcu blog nosi tytuł "minimalizm gadżeciarza", a skoro gadżeciarz, to nerd, a jak nerd, to i gracz w różne gry. Zresztą to już wiecie. Może zacznę na niniejszych łamach narzekać na gówniane gry? Czemu nie.
Kontynuując temat gier (segue segue), moje programowanie leży i jęczy. Ale hej, nie z takiego dna już je podnosiłem. Coś tam pamiętam z tego szczątkowego kursu html5, który zrobiłem na code academy, więc nie wszystko w las poszło. Trzeba tylko odgrzebać i iść dalej. Lewa noga, prawa noga.
wtorek, 29 sierpnia 2017
Tomb of the Dread Lords w konkursie!
Oczywiście się zagapiłem i nie zdążyłem wprowadzić wszystkich zmian przed dedlajnem, ale jednak Tomb of the Dread Lords bierze udział w tegorocznym Solitaire Print and Play Contest w następujących kategoriach:
- Best game by a returning designer
- Best regular pnp build
- Best dungeon crawl
- Best Game Designed in Contest Timeframe
Gra nawet w tej postaci jest bardzo grywalna i ogólnie się podoba. Jeden z komentatorów nawet zrobił kolorowe pro-komponenty, które wyglądają fantastycznie, i do tego jeszcze pozwolił mi je wrzucić po zakończeniu głosowania!
Jestem z siebie nielicho dumny, bo po kilku kosmetycznych zmianach, które już są generalnie gotowe, gra będzie skończona! W sensie, koniec modyfikacji, rozszerzania, skracania, po prostu gotowa gra! Zrobiłem coś od początku do końca! Nawet nie wiecie jaki to dla mnie wielki krok. Chyba, że czytaliście moje poprzednie wypociny, to trochę wiecie. Ale i tak nie za bardzo.
- Best game by a returning designer
- Best regular pnp build
- Best dungeon crawl
- Best Game Designed in Contest Timeframe
Gra nawet w tej postaci jest bardzo grywalna i ogólnie się podoba. Jeden z komentatorów nawet zrobił kolorowe pro-komponenty, które wyglądają fantastycznie, i do tego jeszcze pozwolił mi je wrzucić po zakończeniu głosowania!
Jestem z siebie nielicho dumny, bo po kilku kosmetycznych zmianach, które już są generalnie gotowe, gra będzie skończona! W sensie, koniec modyfikacji, rozszerzania, skracania, po prostu gotowa gra! Zrobiłem coś od początku do końca! Nawet nie wiecie jaki to dla mnie wielki krok. Chyba, że czytaliście moje poprzednie wypociny, to trochę wiecie. Ale i tak nie za bardzo.
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
Notka żeby była
Ponieważ blog jest przeznaczony głównie dla mojej osoby, postanowiłem napisać posta byle napisać, bo w sumie takie było założenie - byle co, byle być w miarę konsekwentnym.
Jednym z efektów ubocznych życia w świecie internetów i przeładowania informacją jest to, że mój attention span jest beznadziejnie parszywy. Mówiłem to już chyba wcześniej - nie mogę się na niczym skupić na dłużej, zaczynam po 50 książek i żadnej nie kończę, czytam po 20 podręczników do RPG naraz z myślą o ukręceniu jakiejś kampanii i oczywiście tego nie robię, bo nie kończę żadnego podręcznika, uczę się po 70 języków programowania naraz i umiem w każdym wyświetlić napis "hello world" i nic więcej.
Szczerze mówiąc już nie wiem jak sobie z tym radzić. Próbuję skupić się na jednej rzeczy, ale wychodzi mi to w tym momencie praktycznie wyłącznie w cRPGach Bioware. Dobre i to, ale no kurde...
Ogólnie plan jest taki, żeby z programowania skupić się na HTML5, czytać po jednej książce, a z RPGów zostać przy Shinobi&Samurai (w które gram ze znajomymi) i Microlite20 (w co grałem z bratem) w dziedzinie fantasy, a jeżeli chodzi o s-f to chyba traveller i tyle. No i doszlifować moją konkursową grę na BGG, która wymaga już właściwie tylko zmiany kilku cyferek i będzie można ją oznaczyć jako "contest ready".
Oczywiście to jest trochę tak jak odwyk od substancji psychoaktywnych - idzie dobrze przez parę dni, a potem człowiek znowu się zakopuje w milionie jakichś gówien. Ech... trzeba chyba po prostu mieć nadzieję, że te lepsze okresy będą się zdarzać coraz częściej.
Jednym z efektów ubocznych życia w świecie internetów i przeładowania informacją jest to, że mój attention span jest beznadziejnie parszywy. Mówiłem to już chyba wcześniej - nie mogę się na niczym skupić na dłużej, zaczynam po 50 książek i żadnej nie kończę, czytam po 20 podręczników do RPG naraz z myślą o ukręceniu jakiejś kampanii i oczywiście tego nie robię, bo nie kończę żadnego podręcznika, uczę się po 70 języków programowania naraz i umiem w każdym wyświetlić napis "hello world" i nic więcej.
Szczerze mówiąc już nie wiem jak sobie z tym radzić. Próbuję skupić się na jednej rzeczy, ale wychodzi mi to w tym momencie praktycznie wyłącznie w cRPGach Bioware. Dobre i to, ale no kurde...
Ogólnie plan jest taki, żeby z programowania skupić się na HTML5, czytać po jednej książce, a z RPGów zostać przy Shinobi&Samurai (w które gram ze znajomymi) i Microlite20 (w co grałem z bratem) w dziedzinie fantasy, a jeżeli chodzi o s-f to chyba traveller i tyle. No i doszlifować moją konkursową grę na BGG, która wymaga już właściwie tylko zmiany kilku cyferek i będzie można ją oznaczyć jako "contest ready".
Oczywiście to jest trochę tak jak odwyk od substancji psychoaktywnych - idzie dobrze przez parę dni, a potem człowiek znowu się zakopuje w milionie jakichś gówien. Ech... trzeba chyba po prostu mieć nadzieję, że te lepsze okresy będą się zdarzać coraz częściej.
piątek, 11 sierpnia 2017
wtorek, 1 sierpnia 2017
Zapuścił się żem, bo URLOP
Ło matko ale się żem zapuścił. Byłem na urlopie, to i zapomniałem o pisaniu, widocznie tak musi być. A skoro już mowa o urlopie, to może warto trochę zgłębić tę tematykę. Jak minimalista spędza urlop? Właściwie to nie wiem, ale mogę wam powiedzieć jak ja to robię. Prawie wszystkiego co wiem o technologii urlopów nauczyła mnie Najlepsza Żona(TM), która niczym Wielki Wódz już wcześniej wiedziała czym to się je. Oto więc kilka wskazówko-ględzeń:
1. Pakowanie. Wielu ludzi strasznie się przejmuje pakowaniem i zabiera ze sobą tyle rzeczy, że trzeba grać w ostry tetris w bagażniku. Najlepsza Żona(TM) nauczyła mnie natomiast, że warto się pakować lekko. Czy naprawdę na urlopie potrzebne jest żelazko, komputer, pięć par spodni, sześć scyzoryków, siedem kompletów sztućców, zestaw desek do krojenia i garnków? No, może jeżeli się jedzie na jakąś srogą Syberię, żeby już tam zostać. Ale na weekend do cywilizowanych krajów? Litości. My się mieścimy na weekend w jedną małą walizeczkę na kółkach, plus ew. plecak na tablet, książki, gry i ładowarki i torba na żarcie, którego nie chcemy zostawiać w lodówce. Na dłuższą podróż jeszcze nam się nie zdarzyło zapakować bardziej niż w dwie takie walizki. Nigdy nie wykupujemy dużego bagażu w samolotach. I przysięgam, jeszcze nigdy nie usiedliśmy myśląc "kurde, jak żałujemy, że nie wzięliśmy wielkiej walizy do której moglibyśmy napchać rzeczy, których nam teraz tak bardzo brakuje". Co do brania ze sobą komputera - jeszcze nigdy nie potrzebowałem na urlopie laptopa, srajpad w zupełności do wszystkiego starcza. I dobrze się na nim ogląda Netflixa.
2. Transport. Tanie loty i inne okazje to nasz przyjaciel. Mamy znajomego, który twierdzi, że lot do Stanów to co najmniej 2000 zł w jedną stronę (od osoby), a ceny hoteli na miejscu zaczynają się od 300$. Nie wiem, czy my naszą determinacją zakrzywiamy rzeczywistość, ale polecieliśmy za ok. 1000 zł w dwie strony (od osoby) i najdroższy hotel, w jakim mieszkaliśmy kosztował ok. 35$. W centrum Las Vegas. BTW, parki narodowe USA to niesamowite miejsca przerastające nędzne wyobrażenia europejskiego człowieka. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.
3. Zwiedzanie. Ludzie są różni. My akurat nie jesteśmy zwolennikami wstawania o szóstej rano i jak najszybszego odhaczania po kolei zabytków biegając po mieście z zaciśniętymi zębami (i pośladami). Od "oficjalnych" zabytków i muzeów, w których często są dzikie tłumy ludzi, wolimy często pójść w jakąś boczną uliczkę, zatrzymać się w jakiej lokalnej kawiarence, popatrzeć na domeczki i popróbować miejscowej kuchni. Disclaimer: znamy osoby, które lubią biegać po zabytkach, ale im to sprawia radość i robią to bez zaciśniętych zębów i pośladów. I rest my case.
4. Pułapki na turystów. Termin ten wziąłem z bloga mojego idola, Mr Money Mustache. Pułapka na turystów to miejsce, w którym na każdym rogu czyha na nas okazja do wywalenia pieniędzy. Są one najczęściej zastawiane na standardową urlopującą rodzinę (Seba, Karyna i ich dzieci - Brajan i Dżenifer), której wydaje się, że dobre wakacje to spędzenie 2 tygodni w drogim hotelu i szwendając się bez celu po okolicy, ale nie oddalając się za bardzo. Obejmują różne "parki rozrywki", w których za wszystkie "atrakcje" trzeba słono zapłacić i wszędzie serwują za drogie i parszywe przekąski i słodycze. Upierdliwych sprzedawców oferujących irytujące świecące gówna, które zwłaszcza w nocy szpecą krajobraz. Knajpy, w których można zjeść drogo w tłumie ludzi. W skrócie, miejsca nastawione na maksymalne wyssanie portfeli przyjezdnych. Nie muszę chyba dodawać, że znakomita większość rzeczy, które w pułapkach możemy nabyć wcale nie zapewni nam cudownych, niezapomnianych wakacji. Rozwiązanie tego problemu jest jednak dziecinnie proste: wystarczy tam nie chodzić. Każda miejscowość, w której są pułapki na turystów, zawiera również miejsca tych pułapek pozbawione. Z kolei w Polsce nie ma takich pułapek na szczęście aż tak dużo, występują głównie nad morzem i w Zakopcu. Jeżeli już się zapuszczamy w takie miejsca, warto cały czas pamiętać, gdzie się znajdujemy. Po odpowiedniej praktyce przestaną na nas działać.
4. Stres. Na wakacje się jedzie, żeby się NIE stresować. Wiele osób zdaje się o tym zapominać. Nieważne, czy zdążymy, czy dojdziemy, czy wpuszczą, czy otwarte. Zawsze jest coś innego, co można zrobić zamiast.
5. Straszliwy międzywymiarowy wombat zamierza pożreć Układ Słoneczny. Tylko sprawdzam, czy jeszcze nie śpicie.
1. Pakowanie. Wielu ludzi strasznie się przejmuje pakowaniem i zabiera ze sobą tyle rzeczy, że trzeba grać w ostry tetris w bagażniku. Najlepsza Żona(TM) nauczyła mnie natomiast, że warto się pakować lekko. Czy naprawdę na urlopie potrzebne jest żelazko, komputer, pięć par spodni, sześć scyzoryków, siedem kompletów sztućców, zestaw desek do krojenia i garnków? No, może jeżeli się jedzie na jakąś srogą Syberię, żeby już tam zostać. Ale na weekend do cywilizowanych krajów? Litości. My się mieścimy na weekend w jedną małą walizeczkę na kółkach, plus ew. plecak na tablet, książki, gry i ładowarki i torba na żarcie, którego nie chcemy zostawiać w lodówce. Na dłuższą podróż jeszcze nam się nie zdarzyło zapakować bardziej niż w dwie takie walizki. Nigdy nie wykupujemy dużego bagażu w samolotach. I przysięgam, jeszcze nigdy nie usiedliśmy myśląc "kurde, jak żałujemy, że nie wzięliśmy wielkiej walizy do której moglibyśmy napchać rzeczy, których nam teraz tak bardzo brakuje". Co do brania ze sobą komputera - jeszcze nigdy nie potrzebowałem na urlopie laptopa, srajpad w zupełności do wszystkiego starcza. I dobrze się na nim ogląda Netflixa.
2. Transport. Tanie loty i inne okazje to nasz przyjaciel. Mamy znajomego, który twierdzi, że lot do Stanów to co najmniej 2000 zł w jedną stronę (od osoby), a ceny hoteli na miejscu zaczynają się od 300$. Nie wiem, czy my naszą determinacją zakrzywiamy rzeczywistość, ale polecieliśmy za ok. 1000 zł w dwie strony (od osoby) i najdroższy hotel, w jakim mieszkaliśmy kosztował ok. 35$. W centrum Las Vegas. BTW, parki narodowe USA to niesamowite miejsca przerastające nędzne wyobrażenia europejskiego człowieka. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.
3. Zwiedzanie. Ludzie są różni. My akurat nie jesteśmy zwolennikami wstawania o szóstej rano i jak najszybszego odhaczania po kolei zabytków biegając po mieście z zaciśniętymi zębami (i pośladami). Od "oficjalnych" zabytków i muzeów, w których często są dzikie tłumy ludzi, wolimy często pójść w jakąś boczną uliczkę, zatrzymać się w jakiej lokalnej kawiarence, popatrzeć na domeczki i popróbować miejscowej kuchni. Disclaimer: znamy osoby, które lubią biegać po zabytkach, ale im to sprawia radość i robią to bez zaciśniętych zębów i pośladów. I rest my case.
4. Pułapki na turystów. Termin ten wziąłem z bloga mojego idola, Mr Money Mustache. Pułapka na turystów to miejsce, w którym na każdym rogu czyha na nas okazja do wywalenia pieniędzy. Są one najczęściej zastawiane na standardową urlopującą rodzinę (Seba, Karyna i ich dzieci - Brajan i Dżenifer), której wydaje się, że dobre wakacje to spędzenie 2 tygodni w drogim hotelu i szwendając się bez celu po okolicy, ale nie oddalając się za bardzo. Obejmują różne "parki rozrywki", w których za wszystkie "atrakcje" trzeba słono zapłacić i wszędzie serwują za drogie i parszywe przekąski i słodycze. Upierdliwych sprzedawców oferujących irytujące świecące gówna, które zwłaszcza w nocy szpecą krajobraz. Knajpy, w których można zjeść drogo w tłumie ludzi. W skrócie, miejsca nastawione na maksymalne wyssanie portfeli przyjezdnych. Nie muszę chyba dodawać, że znakomita większość rzeczy, które w pułapkach możemy nabyć wcale nie zapewni nam cudownych, niezapomnianych wakacji. Rozwiązanie tego problemu jest jednak dziecinnie proste: wystarczy tam nie chodzić. Każda miejscowość, w której są pułapki na turystów, zawiera również miejsca tych pułapek pozbawione. Z kolei w Polsce nie ma takich pułapek na szczęście aż tak dużo, występują głównie nad morzem i w Zakopcu. Jeżeli już się zapuszczamy w takie miejsca, warto cały czas pamiętać, gdzie się znajdujemy. Po odpowiedniej praktyce przestaną na nas działać.
4. Stres. Na wakacje się jedzie, żeby się NIE stresować. Wiele osób zdaje się o tym zapominać. Nieważne, czy zdążymy, czy dojdziemy, czy wpuszczą, czy otwarte. Zawsze jest coś innego, co można zrobić zamiast.
5. Straszliwy międzywymiarowy wombat zamierza pożreć Układ Słoneczny. Tylko sprawdzam, czy jeszcze nie śpicie.
piątek, 14 lipca 2017
Makintosz za wafle
Dzisiaj chciałem poruszyć temat, który jest poruszany często, ale nadal za mało. Zamiast jednak ględzić wokół, od razu przejdę do przykładu, który to najlepiej ilustruje.
Swego czasu w kiosku przed pracą codziennie kupowałem wafla z colą. Kosztowała mnie ta przyjemność 4 złote i 30 groszy. Niewiele, prawda? Taka mała kwota, akurat wystarcza na wafla z colą.
Ile to na tydzień? Cóż, 5 dni roboczych razy 4,30 - wychodzi 21,50. O, to już średniej wielkości zestaw w McGrzybie.
A na miesiąc? Średnio cztery tygodnie w miesiącu, to pomnożymy przez cztery i... 86 zł. Wow, już dziadowski telefon komórkowy.
To ile to rocznie? Po krótkim wyszukiwaniu w gugielu ustaliłem, że w 2017 jest 250 dni roboczych. Odliczę 20 dni urlopu (powiedzmy, że całego nie wykorzystałem). To 230 dni. Razy 4,30 zł... 989! Całkiem dobry smartfon plus drogie słuchawki!
Wow, jeden wafel z colą dziennie to po roku smartfon? A co po czterech latach? Zobaczmy: 989 x 4 = 3956. You guessed it - cztery lata bez wafla to MacBook Air. Plus chudsza dupa i lepsze zdrowie.
Taka jest potęga kontrolowania i oszczędzania drobnych kwot - a to tylko 4,30 dziennie. Pomyślcie co by było, jakby się udało przyciąć 10 dziennie? Albo 20? I jeszcze doliczając oprocentowanie np. z lokaty?
Swego czasu w kiosku przed pracą codziennie kupowałem wafla z colą. Kosztowała mnie ta przyjemność 4 złote i 30 groszy. Niewiele, prawda? Taka mała kwota, akurat wystarcza na wafla z colą.
Ile to na tydzień? Cóż, 5 dni roboczych razy 4,30 - wychodzi 21,50. O, to już średniej wielkości zestaw w McGrzybie.
A na miesiąc? Średnio cztery tygodnie w miesiącu, to pomnożymy przez cztery i... 86 zł. Wow, już dziadowski telefon komórkowy.
To ile to rocznie? Po krótkim wyszukiwaniu w gugielu ustaliłem, że w 2017 jest 250 dni roboczych. Odliczę 20 dni urlopu (powiedzmy, że całego nie wykorzystałem). To 230 dni. Razy 4,30 zł... 989! Całkiem dobry smartfon plus drogie słuchawki!
Wow, jeden wafel z colą dziennie to po roku smartfon? A co po czterech latach? Zobaczmy: 989 x 4 = 3956. You guessed it - cztery lata bez wafla to MacBook Air. Plus chudsza dupa i lepsze zdrowie.
Taka jest potęga kontrolowania i oszczędzania drobnych kwot - a to tylko 4,30 dziennie. Pomyślcie co by było, jakby się udało przyciąć 10 dziennie? Albo 20? I jeszcze doliczając oprocentowanie np. z lokaty?
wtorek, 11 lipca 2017
Apdejt
No, w zeszłym tygodniu się zapuściłem. Nie było cytatu z Baldurs Gejta. Jakoś tak zawsze jest jak wyjeżdżam; tylko w pracy pamiętam, że w danym dniu mam coś skrobnąć.
W niniejszym poście chciałbym podziękować warszawskiemu Zarządowi Transportu Miejskiego. Otóż remonty i cięcia w liniach i rozkładach jazdy sprawiły, że komunikacja miejska nie nadaje się w tym momencie absolutnie do niczego. Autobusy jeżdżą nieprzewidywalnie, tramwaje jeżdżą bez sensu, metro zatłoczone. Dzięki temu najlepszą opcją dostania się z domu do roboty jest rower. Także bardzo dziękuję ZTM, dzięki wam będę zdrowszy i w lepszej kondycji. I bogatszy.
A, i narkotyki przestały działać. Poza tym okazało się, że mój srajfon nie zmarł, tylko tak straszył. Bateria przestała się rozładowywać jak dzika. Cóż zrobić, zostałem uboższy o parę złotych i bogatszy o w miarę przyzwoity tani phablet. Na razie nic nie będę robił, nie będę się nawet nad tym zastanawiał. Przede wszystkim trzeba przestać zawracać sobie głowę takimi pierdołami. Zen. Drzewo stojące nad brzegiem. Uczeń zapytał: czy samuraj na dinozaurze ma naturę buddy? Mistrz odpowiedział: przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.
W niniejszym poście chciałbym podziękować warszawskiemu Zarządowi Transportu Miejskiego. Otóż remonty i cięcia w liniach i rozkładach jazdy sprawiły, że komunikacja miejska nie nadaje się w tym momencie absolutnie do niczego. Autobusy jeżdżą nieprzewidywalnie, tramwaje jeżdżą bez sensu, metro zatłoczone. Dzięki temu najlepszą opcją dostania się z domu do roboty jest rower. Także bardzo dziękuję ZTM, dzięki wam będę zdrowszy i w lepszej kondycji. I bogatszy.
A, i narkotyki przestały działać. Poza tym okazało się, że mój srajfon nie zmarł, tylko tak straszył. Bateria przestała się rozładowywać jak dzika. Cóż zrobić, zostałem uboższy o parę złotych i bogatszy o w miarę przyzwoity tani phablet. Na razie nic nie będę robił, nie będę się nawet nad tym zastanawiał. Przede wszystkim trzeba przestać zawracać sobie głowę takimi pierdołami. Zen. Drzewo stojące nad brzegiem. Uczeń zapytał: czy samuraj na dinozaurze ma naturę buddy? Mistrz odpowiedział: przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.
wtorek, 4 lipca 2017
Odroczenie
Dzisiaj sensownego posta nie będzie, bo łeb mię napieprza i czuję się jak stara dętka. Zamiast tego trochę pojęczę, to może mi ulży:
ojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojoj....
ojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojoj....
piątek, 30 czerwca 2017
wtorek, 27 czerwca 2017
Oda do roweru
Rower to najwybitniejszy wynalazek ludzkości, zaraz po piwie i science fiction. Jest to absolutnie doskonała inwestycja w samego siebie, a także w zasadzie w przyszłość całego świata. Dlaczego? Oto Niezbite Dowody Macieja na potwierdzenie tej tezy:
1. Mamy własny pojazd, w związku z czym nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę komunikacji miejskiej.
2. Małe rozmiary sprawiają, że śmiejemy się w ryj korkom i wciśniemy się wszędzie.
3. Jak jest zakaz wjazdu, to najczęściej nie dotyczy rowerów.
4. Rower nie potrzebuje żadnej benzyny, spala tylko naszą dupę. Oszczędność paliwa!
5. W świetle powyższego, jeżeli jeździmy na rowerze do roboty i z powrotem, to mamy 1-2 godziny darmowych ćwiczeń - bez żadnych nakładów finansowych i przy minimalnych nakładach czasowych. Nie trzeba tracić czasu w ciągu dnia na zanudzanie się siłką/ćwiczeniami z Chodakowską. Win!
6. W świetle powyższego, nie spalamy zdechłych dinozaurów i nie wypierdujemy żadnych trujących spalin, co jednocześnie ogranicza zużycie ograniczonych zasobów i zanieczyszczenie środowiska przez nasz wehikuł do ZERA.
7. Rower doskonale nadaje się na spędzenie wolnego czasu polegające na zapierniczaniu wśród lasów i pagórków. Oszczędność na opłatach za wstępy do różnych drogich miejsc i więcej radochy!
8. Jazda na zimnie i w deszczu, gdy wszyscy kiszą się w kabinach samochodów, pozwala poczuć się jak prawdziwy zły tyłek.
9. Po jeździe człowiek ma więcej energii i nie jest ospały i skapcaniały.
A z innych rzeczy, to jest dobrze, bo nie myślę w ogóle o tabletach i smartfonach. Mam nadzieję, że działanie narkotyków jeszcze się utrzyma.
1. Mamy własny pojazd, w związku z czym nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę komunikacji miejskiej.
2. Małe rozmiary sprawiają, że śmiejemy się w ryj korkom i wciśniemy się wszędzie.
3. Jak jest zakaz wjazdu, to najczęściej nie dotyczy rowerów.
4. Rower nie potrzebuje żadnej benzyny, spala tylko naszą dupę. Oszczędność paliwa!
5. W świetle powyższego, jeżeli jeździmy na rowerze do roboty i z powrotem, to mamy 1-2 godziny darmowych ćwiczeń - bez żadnych nakładów finansowych i przy minimalnych nakładach czasowych. Nie trzeba tracić czasu w ciągu dnia na zanudzanie się siłką/ćwiczeniami z Chodakowską. Win!
6. W świetle powyższego, nie spalamy zdechłych dinozaurów i nie wypierdujemy żadnych trujących spalin, co jednocześnie ogranicza zużycie ograniczonych zasobów i zanieczyszczenie środowiska przez nasz wehikuł do ZERA.
7. Rower doskonale nadaje się na spędzenie wolnego czasu polegające na zapierniczaniu wśród lasów i pagórków. Oszczędność na opłatach za wstępy do różnych drogich miejsc i więcej radochy!
8. Jazda na zimnie i w deszczu, gdy wszyscy kiszą się w kabinach samochodów, pozwala poczuć się jak prawdziwy zły tyłek.
9. Po jeździe człowiek ma więcej energii i nie jest ospały i skapcaniały.
A z innych rzeczy, to jest dobrze, bo nie myślę w ogóle o tabletach i smartfonach. Mam nadzieję, że działanie narkotyków jeszcze się utrzyma.
piątek, 23 czerwca 2017
wtorek, 20 czerwca 2017
Kupiłem narkotyki
Niniejszym ogłaszam, że mój wpis o małym zwycięstwie, chociaż zawiera mądrości wielkie, mogę w zasadzie zmiąć, opluć, wywalić do kibla i spuścić wodę.
Otóż nie udało mi się powstrzymać i kupiłem narkotyki. Tanie, ale za to błyszczące i mrygające. Z Androidem. Zapchałem się nimi i teraz żyję w zen-świecie nie myślenia o nowych urządzeniach elektronicznych. Oczywiście, postanawiam sobie mentalnie, że tak już zostanie, ale jak siebie znam - cholera wie. Niestety, nawet nie mam wyrzutów sumienia i nie jest mi wcale przykro. Może to dobry znak? Że jednak był to dobry zakup?
Dlaczego to zrobiłem? Wkurzał mnie brak aplikacji w Windows 10 Mobile. Że nawet jak są, to jakieś przedpotopowe, wybrakowane wersje. I chociaż jak sam zauważyłem, nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak najgówniańszy smartfon pozwala mi uzyskać dostęp do ogółu ludzkiej wiedzy w kilka sekund, to jednak mnie to nie przestawało wkurzać. Wkurzał mnie też dziadowski ekran, bo moje delikatne oczka przyzwyczaiły się do amoledów i sraj-pi-esów. Powinienem po prostu przestawić swój łeb na inny tryb, przestać się wkurzać i zaakceptować to co mam, ale jeszcze nie jestem na takim lewerze zaawansowania.
Puszka dziegciu w czarze Pandory się przelała, gdy chciałem sobie zainstalować Ubera i okazało się, że to jakaś dziadowa wersja, która nie działa jak powinna. Stwierdziłem po tym, że wuj z tym, mogę się albo użerać i udawać, że taki ze mnie minimalistyczny asceta, albo odżałować trochę grosza i już o tym przestać myśleć. No i tak poszedłem do działu z narkotykami w kerfurze i nabyłem niedrogie ustrojstwo firmy Kiano (kiedyś miałem tablet i był bardzo spoko, więc zachęcony pozytywnymi recenzjami postanowiłem im zaufać znowu). W końcu przecież minimalizm obejmuje również mniej zawracania sobie d... głupotami. Oczywiście, lepiej to osiągać pozbywając się zbędnych zachcianek, niż ulegając im, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego.
Na swoją obronę mam tylko to, że przed zakupem narkotyków odczekałem dwa tygodnie, zamiast popędzić do sklepu od razu. Dobre i to.
PS. Moja gra konkursowa jest już do pobrania, linki są na tym wątku na boardgamegeeku.
Otóż nie udało mi się powstrzymać i kupiłem narkotyki. Tanie, ale za to błyszczące i mrygające. Z Androidem. Zapchałem się nimi i teraz żyję w zen-świecie nie myślenia o nowych urządzeniach elektronicznych. Oczywiście, postanawiam sobie mentalnie, że tak już zostanie, ale jak siebie znam - cholera wie. Niestety, nawet nie mam wyrzutów sumienia i nie jest mi wcale przykro. Może to dobry znak? Że jednak był to dobry zakup?
Dlaczego to zrobiłem? Wkurzał mnie brak aplikacji w Windows 10 Mobile. Że nawet jak są, to jakieś przedpotopowe, wybrakowane wersje. I chociaż jak sam zauważyłem, nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak najgówniańszy smartfon pozwala mi uzyskać dostęp do ogółu ludzkiej wiedzy w kilka sekund, to jednak mnie to nie przestawało wkurzać. Wkurzał mnie też dziadowski ekran, bo moje delikatne oczka przyzwyczaiły się do amoledów i sraj-pi-esów. Powinienem po prostu przestawić swój łeb na inny tryb, przestać się wkurzać i zaakceptować to co mam, ale jeszcze nie jestem na takim lewerze zaawansowania.
Puszka dziegciu w czarze Pandory się przelała, gdy chciałem sobie zainstalować Ubera i okazało się, że to jakaś dziadowa wersja, która nie działa jak powinna. Stwierdziłem po tym, że wuj z tym, mogę się albo użerać i udawać, że taki ze mnie minimalistyczny asceta, albo odżałować trochę grosza i już o tym przestać myśleć. No i tak poszedłem do działu z narkotykami w kerfurze i nabyłem niedrogie ustrojstwo firmy Kiano (kiedyś miałem tablet i był bardzo spoko, więc zachęcony pozytywnymi recenzjami postanowiłem im zaufać znowu). W końcu przecież minimalizm obejmuje również mniej zawracania sobie d... głupotami. Oczywiście, lepiej to osiągać pozbywając się zbędnych zachcianek, niż ulegając im, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego.
Na swoją obronę mam tylko to, że przed zakupem narkotyków odczekałem dwa tygodnie, zamiast popędzić do sklepu od razu. Dobre i to.
PS. Moja gra konkursowa jest już do pobrania, linki są na tym wątku na boardgamegeeku.
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Spóźniony cytat z Baldurs Gejta po długim łikendzie cholera by to wzięła
"Po oczach go, Boo, PO OCZACH! Rrrrrrrr...."
wtorek, 13 czerwca 2017
Małe zwycięstwo - case study
Jak to mówią, mały krok dla gadżeciarza, wielki krok dla minimalisty. Coś nie mam szczęścia do tych różnych sprzętów - jak tylko oddałem xiaomi Najlepszej Żonie(TM), siadł mi ajfon, a zaraz potem siadła mi Lumia 820. Zostałem z iPhonem 3GS i Lumią 435. Oczywiście, zająłem się natychmiast przetrząsaniem Internetu, no bo przecież nie mogę sobie pozwolić na jakieś półśrodki, koniecznie trzeba kupić nowe ustrojstwo z wielkim telewizorkiem holograficznym i lodówką na piwo!
Jednak tytanicznym wysiłkiem woli udało mi się tego nie zrobić. Przed wykonaniem jakiegoś zakupu dobrze jest dokładnie wyliczyć sobie przyczyny, dla których koniecznie musimy mieć daną rzecz. I sprawdzić, czy dotychczasowa rzecz nie radzi sobie z nimi tak samo dobrze.
Zajmę się więc moim konkretnym przypadkiem, bo jestem narcystyczną szują, albo pisanie na blogu pomaga mi radzić sobie z własnymi rozterkami. Jedno z dwojga.
Enyłej, do czego używam smartfona?
- Wykonywanie połączeń telefonicznych. Wiem, że jestem w mniejszości, ale there you go.
- Bardzo okazjonalne pisanie wiadomości tekstowych, w tym za pomocą komunikatorów internetowych.
- Słuchanie podcastów - prawie codziennie i bardzo dużo. Właściwie główna funkcja.
- Mapy. Używam nawigacji rzadko, ale na tyle regularnie, że funkcja ta jest dla mnie umiarkowanie istotna.
- Czasami coś sprawdzę w internecie. Nie kluczowe, ale bywa użyteczne.
Co mnie zdziwiło po zgłębieniu powyższego?
- Nie używam telefonu do grania. Gram mało, tak naprawdę to gry mobilne głównie katuję na srajpadzie.
- Aparat - dobrze, że jest, ale jego jakość jest mi obojętna. Ważne, żeby się dało mapkę czy napis sfotografować, ew. jakiś kod QR sczytać.
- Żadna z powyższych czynności nie wymaga wypasionego ekranu fullHD ani głośników stereło.
Które z funkcji, do których używam smartfona, NIE są dostępne w iPhonie 3GS albo Lumii 435?
- ...
No tak. Decyzja była niełatwa, ale jedyna słuszna. Ja i mój portfel jesteśmy wdzięczni.
Jednak tytanicznym wysiłkiem woli udało mi się tego nie zrobić. Przed wykonaniem jakiegoś zakupu dobrze jest dokładnie wyliczyć sobie przyczyny, dla których koniecznie musimy mieć daną rzecz. I sprawdzić, czy dotychczasowa rzecz nie radzi sobie z nimi tak samo dobrze.
Zajmę się więc moim konkretnym przypadkiem, bo jestem narcystyczną szują, albo pisanie na blogu pomaga mi radzić sobie z własnymi rozterkami. Jedno z dwojga.
Enyłej, do czego używam smartfona?
- Wykonywanie połączeń telefonicznych. Wiem, że jestem w mniejszości, ale there you go.
- Bardzo okazjonalne pisanie wiadomości tekstowych, w tym za pomocą komunikatorów internetowych.
- Słuchanie podcastów - prawie codziennie i bardzo dużo. Właściwie główna funkcja.
- Mapy. Używam nawigacji rzadko, ale na tyle regularnie, że funkcja ta jest dla mnie umiarkowanie istotna.
- Czasami coś sprawdzę w internecie. Nie kluczowe, ale bywa użyteczne.
Co mnie zdziwiło po zgłębieniu powyższego?
- Nie używam telefonu do grania. Gram mało, tak naprawdę to gry mobilne głównie katuję na srajpadzie.
- Aparat - dobrze, że jest, ale jego jakość jest mi obojętna. Ważne, żeby się dało mapkę czy napis sfotografować, ew. jakiś kod QR sczytać.
- Żadna z powyższych czynności nie wymaga wypasionego ekranu fullHD ani głośników stereło.
Które z funkcji, do których używam smartfona, NIE są dostępne w iPhonie 3GS albo Lumii 435?
- ...
No tak. Decyzja była niełatwa, ale jedyna słuszna. Ja i mój portfel jesteśmy wdzięczni.
piątek, 9 czerwca 2017
Subskrybuj:
Posty (Atom)
