piątek, 31 marca 2017

Piątkowe pierdągi


Dzisiaj zdjęcie takiego oto Konara(TM) wykonane przeze mnie i Najlepszą Żonę(TM) podczas dyrdania na rowerze po Kampinosie:


Dyrdanie na rowerze po Kampinosie, najlepiej z Najlepszą Żoną(TM), jest jednym z moich ulubionych zajęć, które odkryłem dopiero po wychyleniu głowy z matriksa. Niestety, po ostatnim ofrołdzie złapałem gumę i opona była do wymiany. Dzisiaj odbieram koło z warsztatu.

Myślę, że rower jako największy wynalazek ludzkości zasługuje na osobny wpis. Były już wpisy na innych blogach, ale pieśni pochwalnych na cześć roweru nigdy za mało. Na razie jednak musi wam wystarczyć Konar(TM).

czwartek, 30 marca 2017

Czelendż apdejt

Pierwszy dzień czelendża udany. Nie odpaliłem wczoraj żadnych internetów ani razu, za to dokończyłem książkę i pograłem na Xpudle. Udało się też utrzymać porządek w kuchni i na biurku. Dzisiaj korzystałem z iPada, ale tylko dlatego, że mam tam podpięte legimi bez limitu i używałem go tylko do czytania.

Po kilku przemyśleniach pozwolę sobie jeszcze dołączyć kilka wyjątków: będą to filmy instruktażowe na youtube dotyczące roweru albo programowania. Jedną z rzeczy, które już wiele razy zaczynałem, a nigdy nie kończyłem, jest nauczenie się jakiegoś współczesnego frameworku do programowania gier. Najgorsze jest to, że kiedyś już pisałem gry - proste, bo proste, ale jednak, a teraz jakoś nie mogę przejść przez etap absolutnie wstępny i przez wybór, który jest za duży. Miotam się pomiędzy różnymi opcjami nie mogąc się zdecydować, która lepsza.

Oto kolejne postanowienie: dziś wybiorę jakiś język/framework, koniecznie darmowy i najlepiej open source, i skupię się wyłącznie na nim, wszystkie inne olewając. W ciągu najbliższego tygodnia nauczę się podstaw i napiszę w nim jakąś bardzo prostą grę - jakiś klon czegoś typu breakout albo kaboom. Wszystko jedno na jaką platformę, ale pewnie docelowo będę chciał (tfu!) targetować urządzenia mobilne - jakoś lubię grać na tablecikach i komóreczkach. W każdym razie ten pierdół, który zamierzam wysmażyć, zamieszczę do pobrania na łamach mojego bloga. Howgh!

środa, 29 marca 2017

Czelendż akseptyd

Wczoraj podjęliśmy z Najlepszą Żoną(TM) mały "czelendż", ponieważ obydwoje chcemy ograniczyć spożywanie przez nas różnych nie do końca korzystnych artykułów (w jej przypadku są to lody, w moim - piwo). Uzgodniliśmy, że nie będziemy jeść żadnych słodyczy, lodów, piwa, chipsów, fast foodów etc. - za wyjątkiem wtorków, kiedy to jest dypensa na wszystko co tylko się da. Później może przerzucimy się na raz w miesiącu.

Z kolei ja postanowiłem się przytłoczyć jeszcze jednym czelendżem. Chociaż właściwie trudno tu mówić o przytłaczaniu, bo ja jestem trochę nienormalny i mi takie zabawy sprawiają radość. W każdym razie postanowiłem, że Internetów i tak mam dość w pracy, a nie chcę w domu mitrężyć jeszcze czasu na youtube, i w związku z tym od teraz w domu jedynymi urządzeniami komputerowymi, jakich będę używać, będą konsole, których nie mam jak podłączyć do netu. Oczywiście będą wyjątki - np. gdy trzeba sprawdzić drogę na mapie albo skomunikować się na messengerze z moją grupą RPGową itepe. Ile to potrwa? Nie wiem, na razie powiedzmy że miesiąc, potem się zobaczy.

Brzmi kretyńsko - ograniczać Internet, żeby mieć czas na granie na konsoli. Ale zauważyłem, że spędzam strasznie dużo czasu czytając o grach i szukając nowych, a bardzo mało grając. Co jest kompletnie bezsensowne. O grach jeszcze będą wpisy, bo to temat bardzo mi bliski.

W każdym razie teraz Internety już wiedzą o naszych czelendżach i będzie trudniej w nich oszukiwać. A przynajmniej taką mam nadzieję.

wtorek, 28 marca 2017

Maciej Poleca: David Cain i Raptitude

David Cain jest jednym z moich ulubionych blogerów, od jego wytworu pt. "Raptitude" zaczęło się u mnie wychodzenie z matriksa. Gość pisze ogólnie lajfstajlowo, choć wiele z jego przemyśleń niejako zakrzywia się w stronę tzw. "prostego życia", które teraz nazywamy bardziej hipstersko - minimalizmem.

Najbardziej u niego lubię to, że nie jest pretensjonalny, nie dorabia żadnych kosmicznych ideologii i nawet jego najbardziej szalone posty to w zasadzie tylko eksperymenty myślowe, takie "hacki" dla mózgu, żeby przestawić sposób patrzenia na niektóre rzeczy. Facet po prostu stąpa twardo nogami po ziemi, i w jego wydaniu takie rzeczy jak "mindfulness" (u nas to się chyba nazywa "uważność"), medytacja itepe to po prostu narzędzia, które można wykorzystać do poprawy jakości swojego życia, a nie jakieś "mambo dżambo", które sprawi, że poczujemy energię wszechświata.

Rzućcie okiem. Jest spora szansa, że znajdziecie tam coś, co do was trafi.


poniedziałek, 27 marca 2017

Jak kapitan Picard

Star Trek TNG to mój ulubiony serial wszechczasów, a kapitan Picard to mój idol. Śmiejcie się ile chcecie, ale wyjątkowo w tym momencie jestem śmiertelnie poważny.

Wizja przyszłości w ST bardzo na mnie działa. Nie chodzi o spotykanie obcych z różnymi bruzdami na czole, ale o to, że jest to przyszłość, w której ludzie nie muszą się już martwić o potrzeby materialne, wyzbyli się konsumpcjonizmu i pracują nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą i mogą. I to jest istota tego, co niektórzy nazywają "minimalizmem", inni "prostym życiem", a co tak naprawdę powinno nazywać się "nie marnowaniem swojego życia na pierdoły".

Więc tak. Jak będę duży, to będę jak kapitan Picard. Na początek pewnie wyłysieję, ale kto wie - może za mojego życia naukowcy zatrzymają proces starzenia i za tysiąc lat zostanę kapitanem statku kosmicznego. Jak już mierzyć, to kurde wysoko!

piątek, 24 marca 2017

Czyszczenie skrzynki mailowej

Burdel w skrzynce mailowej to chyba u większości norma. Kiedyś byłem przekonany, że inaczej się nie da. Pamiętam, że w zamierzchłych początkach mojej przygody z Internetem w skrzynce miałem jaki-taki ład, ale wraz z ekspansją newsletterów, reklam gównianych kredytów i spamu oraz szaloną potrzebą posiadania więcej niż jednej skrzynki mailowej (w porywach miałem cztery) przestałem to kontrolować. Potem to już było za późno - zalegające w "odebranych" maile można było liczyć w tysiącach i perspektywa zrobienia porządku w tym pierdzielniku mroziła krew w żyłach. Wystarczy sobie jednak zadać proste pytanie - kiedy ostatnio potrzebowałem coś tam znaleźć? Wówczas metoda zrobienia porządku w mailach okazuje się bardzo prosta, a podsumuję ją w poniższym poradniku. Oto więc "Minimalistyczny Poradnik Macieja #2: Porządek w skrzynce mailowej".

1) Znajdź maile z polisą ubezpieczeniową samochodu, jakimiś ważnymi dokumentami itepe i wrzuć je do jakiegoś folderu typu "archiwum".

2) Wszystko inne won.

Prawda, że proste? Zrobiłem to już parę tygodni temu i przysięgam, że ani razu nie brakowało mi żadnego ze starych maili. Teraz jednak przychodzi trudniejsze zadanie: jak utrzymać ten porządek? Oto więc "Minimalistyczny Poradnik Macieja #3: Dostałem maila - co teraz?" Jedziemy:

1) Czy to od kogoś znajomego? Jeżeli tak, przeczytać. Jeżeli trzeba, odpisać. Jeżeli to potrzebne, zarchiwizować. Jeżeli nie - wypieprzyć od razu.

2) Czy to coś istotnego? Rachunek za telefon? Jakaś umowa? Zapłacić rachunek/pobrać umowę/odpisać, następnie zarchiwizować/wypieprzyć.

3) Czy to newsletter, którego nigdy nie czytasz? Kliknąć "unsubscribe". Wypieprzyć.

4) Czy to newsletter, który czytasz? Przeczytać. Wypieprzyć.

5) Czy to reklama? Spam? Wypieprzyć bez czytania.

6) Raz na tydzień przeglądać archiwum. Wypieprzyć to, co już nie jest potrzebne. 

Samo wypisanie się ze zbędnych newsletterów zmniejszyło liczbę przychodzących do mnie maili o jakieś 90%. Teraz za każdym razem, kiedy się loguję, witają mnie 1-2 wiadomości albo radosny napis "nie masz żadnych wiadomości". Polecam!

czwartek, 23 marca 2017

Konsumpcja treści jego mać

Dzisiaj będzie wpis z cyklu "ględzenia sfrustrowanego dziada". Jeżeli będzie nie do zniesienia, prosimy o wyłączenie odbiorników.

Strasznie mnie wpienia wszelka korpo-zagramaniczna nowomowa. Jak słyszę, że dedykowane rozwiązanie, orientacja na cele, projekty i inne takie, to zaczynam warczeć, buchać parą z uszu i wygrażać pięściami.

Jednak najbardziej znienawidzonym przeze mnie terminem, który przyprawia mnie o atak padaczki, jest "konsumpcja treści". Ja nie konsumuję żadnych cholernych treści jego mać! Ja coś czytam, albo oglądam, przy czym jak oglądam, to film, a nie treści cholera jasna! Mój kot jak sobie rzygnie to czasami ma ciągoty, żeby konsumować treści, ale na szczęście zwykle zdążę je sprzątnąć!

No, ulżyło mi.

środa, 22 marca 2017

Klasyfikacja kawy

Pita przeze mnie kawa dzieli się na dwa typy, przygotowywane i spożywane w odmienny sposób. Typy te zostały usystematyzowane przez mojego brata Łukasza, która to systematyka jest aktualna po dziś dzień.

Kawsko przygotowywane jest poprzez szczodre sypnięcie kawą rozpuszczalną i cukrem do kubasa (wyróżniamy dwa rozmiary kubasa: wielki i w cholerę ogromny, wymagające odpowiednio dwóch lub trzech łyżeczek kawy/cukru), a następnie zalanie do połowy wrzątkiem i od połowy mlekiem. Kawsko się żłopie.

Kawunia powstaje z użyciem ekspresu i jest nalewana do filiżanki (wyróżniamy dwa rozmiary filiżanek: maleńkie i małe). Spożywana jest najczęściej bez żadnych dodatków, na czarno. Kawunię się sączy.

Praktycznie nigdy nie piję kawy, żeby się "obudzić" albo dać sobie "kopa". Jest to dla mnie raczej taki codzienny rytuał, jedna z małych rzeczy, z których czerpię zadowolenie i energię na resztę dnia. Rano zawsze żłopię kawsko z kubasa, najczęściej siedząc na kanapie i smyrając telewizorek tabletu. Po powrocie z fabryki azbestu najczęściej żłopię drugie kawsko, ew. sączę kawunię. Czasami do żłopania/sączenia przyłącza się Najlepsza Żona(TM).

Jeszcze wyższym stopniem kaw-fu jest sączenie/żłopanie w wannie z bąbelkami. Ale to tylko dla zaawansowanych.

wtorek, 21 marca 2017

Kot jako droga do szczęśliwości

Nigdy nie chciałem mieć kota. Na szczęście, Najlepsza Żona(TM) w swojej niezmierzonej mądrości przekonała mnie, żeby dać futrzakom szansę.

Teraz z całą mocą twierdzę, że nasza kotka Tesla jest najlepszym psychoterapeutą, jakiego można mieć. Kiedy wstaję rano i człapię do kuchni szukać kawy i mózgów, a potem uwalam się na fotel i myślę co tu zrobić, żeby się nie rozsypać od razu, Tesla na mnie włazi i zaczyna mruczeć. Koty mruczą, jak jest im dobrze, ale też w innych sytuacjach - mruczenie je uspokaja i działa przeciwbólowo. I to też działa na ludzi - kiedy kot na mnie siedzi i mruczy, od razu jestem spokojniejszy i bardziej optymistycznie nastawiony do życia. Można powiedzieć, że to taka autonomiczna poduszka medytacyjna.

To gówno prawda, że koty są takie "niezależne" i że "nie przywiązują się tak jak psy". Gdy ja i Najlepsza Żona(TM) wstajemy rano razem, Tesla podchodzi do każdego z nas i się chwilę ociera, ew. jak ma chwilę czasu przed spaniem, to włazi na każde z nas i mruczy przez jakąś minutę. Nasza druga kotka, która w książeczce zdrowia ma wpisane "Gryzinoga", a którą roboczo nazywamy Pimpusiem... aaa, mężczyźnie nie przystoi wymawiać słowa Pimpuś, nie jestem już twardy! Muszę odbudować swój imydż twardziela! Dupa, dupa, dupa, dupa, cycki! ...no więc nasza druga kotka cieszy się jak dzika jak wracamy do domu, niemalże lata w powietrzu, a jak wychodzimy to siedzi wpatrzona w drzwi i żałośnie piszczy. Jak to nie jest przywiązanie, to ja nie wiem co nim jest. A mówiłem już, że aportuje piłeczki?

W każdym razie botomlajn jest taki, że przygarnięcie kota powoduje gigantyczny przyrost zadowolenia z życia. No chyba, że ktoś jest uczulony. Wtedy przesrane.

poniedziałek, 20 marca 2017

Nudzenie o sztucznych potrzebach

W którymś wpisie napisałem "ach, sztuczne potrzeby, jeszcze do was wrócimy". Jak teraz to czytam, to brzmi jak to pretensjonalne filozowanie, od którego miałem się powstrzymać. No ale dobra, każdy bloger minimalistyczny o tym pisze, to ja też muszę, bo inaczej nie będę koszer. Zwięźle - korporacje tworzą sztuczne potrzeby, którym później wychodzą naprzeciw wciskając nam swoje gówno. Nikt nie potrzebował jakiejś rzeczy, dopóki nie znalazł się jeden z drugim, którzy skutecznie wmawiają ludziom, że muszą coś tam mieć.

Niby wszyscy to wiedzą, ale warto czasami przeczytać czarno na białym i pomyśleć - wychodzi, że większość rzeczy, których "potrzebujemy", tak naprawdę tylko chcemy. Ale reklamy zewsząd trują nam dupę na tyle skutecznie, że tego nie zauważamy. Wydaje nam się, że nasza dupa jest odporna na truciznę, ale to guzik prawda. Każda dupa jest zatruta.

Jak sobie z tym radzić? Najlepiej połknąć czerwoną pigułkę i porządnie się zastanowić nad tym, czego naprawdę "potrzebujemy". Żarcie? Potrzebne. Inni ludzie? Potrzebni. Smartfon? Niepotrzebny. Przydatny - ale zupełnie niepotrzebny. Telewizja kablowa? Niepotrzebna i nieprzydatna. Nowy samochód co kilka lat? W cholerę niepotrzebny!

Dla potrzeb tego ględzenia stworzę sobie wyimaginowanego przyjaciela - załóżmy, że kiedy podjąłem decyzję o zatoczeniu się w stronę minimalizmu, moje dotychczasowe niepohamowane gadżeciarstwo zestaliło się i sformowało byt, któremu nadam imię "Brajan". Brajan siedzi non stop w necie, niczego nigdy nie kończy i ślini się na lewą stronę.

- Jak to smartfon niepotrzebny?! - ryknie więc Brajan - a co jak ktoś musi się ze mną skontaktować TERAZ ZARAZ?! A co jak muszę coś sprawdzić w necie TERAZ ZARAZ?!

Oto wielka tajemnica wszechświata: istniał on również przed telefonami komórkowymi. Nic się nie stanie, jeżeli odbierzemy jakąś wiadomość chwilę później. Owszem, jej nadawca może się wkurzyć, ale przeżyje. The Minimalists trochę mnie irytują, bo bywają okropnie nadęci, ale w jednym artykule dobrze to podsumowali: w naprawdę poważnych sytuacjach nie dzwoni się do znajomego, tylko pod 999. Inne rzeczy mogą spokojnie poczekać. A jeśli chodzi o net w komórce - owszem, wygodnie jest coś sprawdzić, ale przecież bez tego świat się nie zawali. Można spokojnie poczekać do powrotu do domu. Co jeśli zapomnimy co chcieliśmy sprawdzić? Cóż, widocznie nie było to specjalnie istotne. Zaoszczędziliśmy w ten sposób chwilę cennego wolnego czasu.

Brajan jednak nie ustępuje.

- Telewizja niepotrzebna?! Co on z byka spadł?! Przecież trzeba wiedzieć, co się na świecie dzieje! Ważne informacje! Okno na świat!

Jeżeli jest jedna rzecz, w której cała blogosfera szczęściowo-hipstersko-lajfstajlowa się zgadza, to jest to przekonanie, że telewizję najlepiej wypieprzyć ze swojego życia i nigdy do niej nie wracać. Telewizja to tak naprawdę reklamy przerywane pierdołami, które mają przykuć nas do ekranu, żebyśmy zobaczyli więcej reklam. Tak wiem, seriale są fajne, sam uwielbiam Star Treka, ale seriale teraz uciekają z telewizji i przenoszą się do Internetów - i bardzo dobrze. A programy informacyjne - które koniecznie trzeba oglądać, bo być dobrze poinformowanym to obowiązek - tak naprawdę o niczym nie informują. Straszą tylko sensacjami, a to że zabił, a to że ukradli, a to że wybuchło, dając nam fałszywe poczucie "bycia poinformowanym". Jedyne co z tego mamy, to stres i wściekłość. Najlepiej to opisali Leo Babauta w swoich Zen Habits oraz mój idol Mr Money Mustache

Ja w sumie nie powinienem się wypowiadać za gęsto, bo nie oglądam od 15 lat, podobnie jak moja Najlepsza Żona(TM). Ale mogę powiedzieć jedno - gdy widzicie w telewizorku reportaż na temat czegoś, na czym się znacie, na 99% gadają takie pierdoły, że nóż się wam w kieszeni otwiera. Jak myślicie więc - na ile rzetelne są informacje na wszystkie inne tematy?

- A samochód to trzeba mieć nowy! - Brajan nadal nie daje za wygraną - No bo przecież mieć samochód to konieczność! Jak inaczej?

Wcale nie konieczność. Wygoda. Zanim mieliśmy samochód, jeździliśmy z Najlepszą Żoną(TM) do Ikei autobusem, i przywoziliśmy stamtąd meble również autobusem. A nowy? Buahahaha, nowy samochód! Przecie jak się z salonu wyjedzie to on już jest dwa razy mniej wart! Nasz pierwszy samochód dostaliśmy od Najlepszego Teścia(TM). Był to kilkunastoletni Renault Clio. I wiecie co? Jeździł. Nawet nad morze nim pojechaliśmy. Jak się rozsypał, to apgrejdowaliśmy się do 8-letniego Clio. Przewiduję co najmniej 10 lat dalszej radosnej eksploatacji tego wehikułu, gdyż jest w świetnym stanie. A z naszą intensywnością użytkowania to pewnie i 20 lat pojeździ.

Żeby nie było - nikt nikomu nie każe nagle rzucić wszystkiego i wyjechać do San Escobar, mieszkać w lesie i żywić się jagódkami i energią kosmosu. W ogóle nikt nikomu nic nie każe. Warto jeno odróżnić prawdziwe potrzeby od zachcianek i ulegać tym ostatnim w bardziej świadomy i kontrolowany sposób. Tak, posiadanie iPada to zachcianka. Jednak jego posiadanie bardzo ułatwia mi życie - do większości zastosowań nie muszę już odpalać swojego głośnego jak lokomotywa desktopa, mogę sobie czytać, pisać, planować podróże i robić 99,9% rzeczy, do których stosujemy komputery bezgłośnie z poziomu kanapy, żłopiąc kawsko z wielkiego kubasa i uśmiechając się jak debil do kotów. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw - tablet z jabłkiem zostaje.
Natomiast kolejne iPady to już zachcianki bezsensowne, którym uległem niepotrzebnie. Nie wnoszą nic specjalnego do mojego życia. Jednego z nich używa moja Najlepsza Żona (TM), więc w ostatecznym rozrachunku jest w miarę użyteczny. Natomiast ten trzeci... powinienem się go pozbyć, ale jakoś nie mogę się z nim rozstać, mam słabość do takich staroci. Cóż, widać jeszcze przede mną długa droga. 

piątek, 17 marca 2017

czwartek, 16 marca 2017

Kindle

Dostałem Kindla (Paperwhite I) od mojej Najlepszej Żony(TM) na trzydzieste urodziny. Był to strzał nawet nie w dziesiątkę, wręcz w dwudziestkę. Najlepsza Żona(TM), znając moje preferencje, kupiła mi najlepszą możliwą wersję - Wielki Wódz już wtedy miał ciągoty w stronę minimalizmu i już instynktownie wyczuwał, że less is more, więc piękna czarna sztabka bez żadnych guzików na froncie, tylko z prostym napisem "kindle", z pełną obsługą dotykową, natychmiast zdobyła jego serce. Wielki Wódz chciałby też z dumą pochwalić się, że tylko raz miał ciągoty w stronę innego czytnika - gdy kupował abonament w Legimi, i to tylko dlatego, że Legimi niestety na Kindlu nie pójdzie. Wielki Wódz wszedł wówczas w posiadanie czytnika Inkbook Obsidian, który jest OK, ale koło Kindla nawet nie leżał. Zresztą już i tak nieszczęśliwie upadł i się potłukł. Na szczęście Wielki Wódz zadowolił się czytaniem na iPadzie.

Po co o tym pierdzielę? Ano po to, że mimo niewątpliwie minimalistycznego wyglądu Kindla, tego czym go napchałem minimalistycznym z pewnością nazwać nie było można. Podobnie jak smartfony, twarde dyski, pulpity i inne digitalne przestrzenie, pamięć czytnika e-booków jest podatna na jej zasrywanie śmieciami przez użytkownika. Dla bardzo sprawnych czytaczy po angielsku, takich jak niżej podpisany, problem jest jeszcze gorszy. Na Amazonie jest pierdyliard bimbalionów darmowych i ekstremalnie tanich książek. Ich jakość to zupełnie inny temat - niektóre są w porządku, inne do dupy, ale to nie ma znaczenia. Jest ich po prostu zatrzęsienie. I Wielki Wódz nie raz wybierał się na rajd po kindle storze, wchodząc w dział SF/fantasy i ustawiając kolejność od najniższej ceny, i pobierając po dwadzieścia, po trzydzieści, ile wlezie. Do tego dochodzi wrzucanie książek z innych źródeł. O, tu można pobrać jakieś darmowe pierdoły, sru na kindla! O, podręcznik użytkownika czegośtam jest w mobi, sru na kindla! O, jakaś gra RPG jest do pobrania w mobi... wiecie o co chodzi.

Po pewnym czasie trzeba zatem zacząć robić porządki - tworzyć kategorie. Sześćdziesiąt siedem tu, pięćdziesiąt osiem tam. I człowiek zaczyna łazić z dwoma setkami książek w kieszeni, a jak chce czytać, to nie wie za co się złapać. Skutek? Wszystkie zaczęte, żadna nie skończona. No ale jak tu wywalić, przecież kiedyś na pewno się za to zabiorę!

Sekret na dzisiaj: nie można przeczytać wszystkiego. Podobnie nie można obejrzeć wszystkich seriali i zagrać we wszystkie gry. Jak kiedyś się na pewno zabiorę, to nie zabiorę się nigdy - za duży wybór to żaden wybór, i w końcu nie robi się nic. Żeby jednak zrobić coś, trzeba dokonać jakiejś selekcji. Jak to zrobić?

Ja to zrobiłem tak: dla każdej książki na kindlu zadałem sobie serię pytań: 

1. Czy naprawdę kiedykolwiek chciałem to przeczytać, czy pobrałem tylko dlatego, że było za darmo?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. Tak poszła chyba jedna trzecia tego co miałem w czytniku.

Jeżeli NIE:

2. Czy to jest część jakiejś tasiemcowej serii, której nigdy w życiu nie zmęczę i nawet nie chcę o tym myśleć?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. Tak poszła kolejna jedna trzecia.

Jeżeli NIE:

3. Czy jest to książka fantasy napisana przez autorkę, w której protagonistką jest jakaś rozwydrzona laska, a wszyscy zachowują się jak w dwudziestym pierwszym wieku, tylko noszą dziwne ubrania*, która to książka jakimś cudem się ostała po przefiltrowaniu przez poprzednie dwa pytania?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. To były już niedobitki.

Jeżeli NIE:

4. Czy zamierzam to przeczytać później niż w ciągu najbliższych paru miesięcy?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. 

Jeżeli NIE - zostaje!

I tak z ponad 200 zszedłem do 33 książek na kindlu. 10 z nich to seria "AMBER" Zelaznego, którą zamierzam tym razem pochłonąć do końca. I mogłem wywalić wszystkie kolekcje, bo książki mieszczą mi się teraz na paru pulpitach, a po ograniczeniu wyboru mój oczopląs zmalał do poziomów ogarnialnych. Hurraaa!!!

*No offence dla wszelakich autorek, po prostu trafiłem na taką ilość tego typu szmir, że to przestało być śmieszne.

środa, 15 marca 2017

O szczęściu i innych dyrdymałach: apocholeremieto część 2

Dzisiaj znowu zadamy sobie pytanie "apocholeremieto". Pytanie to powtarza się z zadziwiającą częstotliwością, może powinienem tak zatytułować bloga? Enyłej, szczęście. Nie będę udawał, że mam receptę na wszelkie bóle dupy i szczęśliwe życie pełne kwiatków i motylków, ale podzielę się kilkoma przemyśleniami, w większości nie moimi, które do mnie trafiają.

Zacznijmy od tego, że gromadzenie wszelkiego śmiecia szczęścia nam nie da, nawet mimo to, że reklamy nam to wmawiają. Zdradzę wam sekret: reklamy to bulszit. Gromadzenie śmiecia da nam tylko krótkotrwałe zadowolenie z odpakowania nowego smartfona bądź kompjutera. Znacie to? Odpakowujecie jakiś gadżet, jest fajny bo nowy przez pierwsze parę dni, a potem powszednieje. Jakie jest rozwiązanie? Kupić nowy, żeby znowu poczuć to samo. Ponieważ większość z nas (w tym niżej podpisany) nie zarabia kokosów, możemy pozwolić sobie na takie zabawy tylko raz na czas. Skutek - parę dni euforii z kupna nowego gadżetu mija i przez resztę miesiąca ślinimy się do nowych rzeczy przekopując serwisy zakupowe, albo co gorsza nadwerężamy rodzinną fortunę dla kolejnych paru dni na haju. Czekamy jak debile na kolejne premiery nowych sprzętów, które są coraz częściej i częściej, żeby zaspokoić nasz głód coraz to nowych i nowych rzeczy.

Nie jest to zbyt zdrowy układ. Ale to nie szkodzi, bo mam dla was Magiczne Rozwiązanie (TM): już bardzo dawno temu Bardzo Mądrzy Ludzie (TM) zorientowali się, że aby być szczęśliwym, wystarczy cieszyć się tym, co już mamy. Prawdziwe szczęście to proste rzeczy: przypomnijcie sobie jakiś moment, w którym czuliście się naprawdę szczęśliwi. Na 99% nie jest on związany z "wydałem dużo piniendzów" albo "kupiłem większy telewizor niż ma sąsiad", tylko "zaprtalałem na rowerze po działce" albo "oświadczyłem się mojej babce". 

Dodajmy jeszcze, że bardzo wiele rzeczy, które są nam "koniecznie do szczęścia potrzebne", wcale takie nie są. 

Ponieważ poszukiwanie szczęścia w życiu jest jedyną sensowną rzeczą, jaką można robić, czerpanie zadowolenia z już posiadanych rzeczy, ograniczanie ich ilości do tych, które są nam naprawdę potrzebne i które naprawdę lubimy i uświadomienie sobie, co tak naprawdę jest istotne poprawi naszą jakość życia o jakieś 1000%. W każdym razie w moim przypadku nawet podejmowanie nędznych prób wdrożenia takiej fizolofii już pozwoliło odczuć gigantyczną ulgę.

wtorek, 14 marca 2017

Paskudna przerwa

Złamałem swój cykl codziennego pisania poza weekendami. Przyczynami było rozleniwienie w piątek i choroba w poniedziałek, która wyrwała mnie z normalnego rytmu (piszę z reguły będąc na fabryce). Moje trzymanie porządku trochę zaczęło się sypać, ale w końcu się nie posypało i jaki taki ład w zlewie panuje. Jak jednak mówi stare akwilońskie przysłowie, lepszy jaki taki ład niż solidny burdel. 

Na drodze do ulepszenia swojego, za przeproszeniem, bytu, najlepiej dla mnie byłoby właśnie trzymać się takiej zasady. Z natury jestem perfekcjonistą, więc albo robię coś na 700%, albo wcale - czyli najczęściej wcale. Próbuję jednak przestawić się na trochę inny tok myślenia. Mały sukces, choćby nie wiem jak nieznaczący, jest lepszy niż brak sukcesu.

Stawiam sobie więc za cel pisanie pn-pt, choćby post miał mieć trzy linijki i być o niczym. Moje poprzednie blogi poległy, bo poprzeczkę postawiłem sobie stosunkowo wysoko. Jeżeli jednak poprzeczka zakłada napisanie CZEGOKOLWIEK, to już nie ma żadnego ekskjuza.

BTW, nadal siedzę na iPhone 4s i uwielbiam tego malucha. Przekonuję się chyba, że czysto fizyczna ergonomia i estetyka są dla mnie ogromnie ważne w korzystaniu z elektroniki, a on ma jedno i drugie. Kiedy ja powiedziałem, że się na niego przesiadam? We środę? No to raczej zostaniemy razem na dłużej. Składam więc kolejne oświadczenie: jak mi padnie, to będę się starał naprawić. Jak nie, to chcę drugi taki sam (ew. czterocalowego iphona. Te wielkie klocki od 6 w górę w ogóle mi się nie podobają). Howgh!

czwartek, 9 marca 2017

Wpis codzienny

Jak od poniedziałku do piątku, to od poniedziałku do piątku! Choćby wpis miał być o dupie! Dzisiaj podjąłem minimalistyczno-oszczędnościową decyzję. Siadł mi domowy modem LTE. Zamiast jednak natychmiast popędzić na sklep w celu zakupu nowego, ochłonąłem, policzyłem do 3 (może bliżej 923) i wsadziłem po prostu simkę do starej lumii 820. W rezultacie net chyba działa szybciej niż przed awarią. Brawo minimalistyczny ja!

środa, 8 marca 2017

Czysty zlew plus miotanie się bez sensu

Moje potykanie się w kierunku minimalizmu opiera się obecnie na dwóch rzeczach: uprzątniętym biurku i czystym zlewie. Dzisiaj opowiem o tym drugim. Usiądźcie więc wygodnie, czas na "Legendy o czystym zlewie pióra Macieja".

Zmywałem zawsze regularnie, ale jednak bez przerwy coś w tym zlewie zalegało. Poczyniłem jednak pewną obserwację: jak przychodzą goście i trzeba na gwałt szorować chałupę, to następnego dnia rano wchodzenie do czystej, niezapierdzielonej gratami kuchni jest ekstremalnie przyjemnie. Wyłączyłem więc wszystkie procesy życiowe i zapuściłem moją jedyną komórkę mózgową, i gdy już się zaczęła przegrzewać i migać na czerwono krzycząc "ołwerlołd!" doszedłem do następującego wniosku:

"Ghhhyyyyy, a może by tak utrzymywać tę kuchnię w takim stanie, to będzie fajniej, eeee?..."

No i zmywam. Nie myślę o tym, że "trzeba pozmywać", tylko, że "jutrzejszy Maciek i jego Najlepsza Żona(TM) wstaną rano i będzie im przyjemnie". To mnie motywuje jak cholera. Nie jest to też takie trudne, jak się wydawało, bo zmywanie na bieżąco jest szybkie - tylko kilka rzeczy, zresztą i tak większość ląduje w zmywarce. Ale codziennie wieczorem zlew jest czysty, a na blacie w kuchni nie zalegają żadne pierdoły, a gdy rano wtaczam się do kuchni ledwo powiekę uchyliwszy, jest o wiele przyjemniej. Zapraszam i polecam.

A na koniec apdejt dotyczący smartfonów. Miotam się i nie mogę się zdecydować, jest to dosyć dupne, ale na szczęście wybieram tylko pomiędzy tymi, które mam. To już jakiś postęp. Pewnie jeżeli nie pozbędę się reszty, to się tak będę miotał. Ale muszę się zebrać w sobie, żeby je sprzedać.

Zbyt dobry smartfon za bardzo mnie absorbuje. To w sumie śmiechu warte, bo dla mnie "zbyt absorbuje" to prawie nic w porównaniu ze statystycznym zombie wpatrzonym w telewizorek 24/7, ale nawet kiedy człowiek się zaczyna wślepiać w internety i odkleja oczy nawet nie po godzinie, ale po kwadransie z poczuciem, że nic nie osiągnął, to jest to dla mnie równie wpieniające.

Obecnie siedzę na jabłku 4S, moje rozumowanie jest takie, że wszystko można na nim zrobić, ale w Internecie za bardzo nie da się "siedzieć", bo safari stosunkowo powoli działa. Ponadto mam wersję 8 GB, która jest idealna dla mojego obecnego majndsetu, bo trzeba ciąć rzeczy i instalować tylko to, co naprawdę będzie przydatne i używane. No i te stare iPhony mają coś z minimalizmu, mały telewizorek, tylko jeden guzik i maksymalnie uproszczony interfejs. Oto niniejszym składam na łamach tego bloga moje śluby, że będę na nim siedział co najmniej przez tydzień, do kolejnej środy. Kolejny apdejt podówczas.

wtorek, 7 marca 2017

Tu smartfon or not tu smartfon

Skoro taki ze mnie minimalista to czemu się nie przesiądę ze smartfona na nokię 3310, albo jeszcze lepiej - na korespondencję na perfumowanej papeterii? To proste. Moim celem jest minimalizm, a nie cofanie się na siłę do poprzedniej epoki. Jestem wielkim fanem nowych technologii i uważam, że znacznie upraszczają one życie. A w minimaliźmie to właśnie o upraszczanie życia chodzi.

Dlatego używam i będę używać smartfonów. Zmiana jest tylko taka, że zamiast mieć ich 20 mam teraz ich znacznie mniej i dojrzewam do mienia jeszcze mniej. I staram się tak z nich korzystać, aby odzwierciedlić moje dążenia.

Jak smartfony upraszczają życie
- Mapy. Zawsze łatwo znaleźć drogę. Są też aplikacje z mapami szlaków w górach. Oczywiście kierowanie się papierkiem ma swój urok, ale dzięki smartfonowi się nie zgubimy choćby nie wiem co. I stracimy mniej czasu na sprawdzanie drogi.
- Aparat. Nie trzeba tarabanić ze sobą dodatkowego klocka. Plus flesz robi za latarkę.
- Odtwarzacz muzyki. Jak wyżej.
- Czytnik e-booków. Wprawdzie wolę Kindla, ale jak akurat go nie mam, to smartfon sprawdza się całkiem nieźle.
- Edycja dokumentów. Prowadzimy z Najlepszą Żoną (TM) budżet miesięczny, który znajduje się na moim dysku google. Dzięki aplikacji do edycji arkuszy kalkulacyjnych możemy wprowadzać wydatki od razu, zanim o nich zapomnimy.
- Pełnowymiarowa przeglądarka internetowa. Duh.
- Gry. Gram od dziecka i nikt mnie nie przekona, że to strata czasu. Owszem, dziubanie kryształków, żeby wyskakiwały z nich gwiazdki to najczęściej strata czasu, ale dla mnie Candy Crush Saga to nie gra tylko jakaś abominacja, której powinno się zakazać prawem Unii Europejskiej. W każdym razie gry traktuję tak samo jak książki.
- Możliwość podłączenia klawiatury i myszki i używania jak komputera - to działa w Androidzie i Windows Phone. Tak naprawdę era, w której możemy mieć jedno urządzenie zastępujące wszystkie pozostałe (telefon, komputer, aparat, kamera, czytnik e-booków, gps, odtwarzacz muzyki) już praktycznie jest z nami.

Jak smartfony utrudniają życie
- Media społecznościowe. Najlepiej wypieprzyć je wszystkie w cholerę.
- Powiadomienia. Ciągłe ćwierkanie i mryganie, że ktoś/coś się domaga mojej uwagi. Rozpraszają, zawracają tyłek, trudno się powstrzymać przed ich sprawdzeniem, a potem i tak się okazuje, że to nic istotnego. Najlepiej wyłączyć.
- Gówniane aplikacje. Wypełnione reklamami, "darmowe", zżerające cenne miejsce w pamięci i udające przydatność. Co jakiś czas najlepiej robić czystkę w telefonie i wychrzaniać to, czego nie używamy. Większość aplikacji, które są "potrzebne" jest do niczego niepotrzebna.
- Smartflony umożliwiają mitrężenie czasu w internetach wszędzie gdzie się znajdziemy. Na to trzeba szczególnie uważać. Przesrywanie czasu w necie jest już i tak wystarczająco złe w domu, ale tam przynajmniej można kompa wyłączyć i schować. Ze smartfonem trudniej to zrobić.

Stary szmelc vs. nowy Chińczyk
Używanie staroci ma wiele zalet. Stary iPhone 3GS ma praktycznie całość funkcjonalności, która sprawia, że smartfony są przydatne, a jednocześnie nie może wielu rzeczy, które są rozpraszaczami w nowszych sprzętach, albo robi je na tyle powoli, że się odechciewa. Oprócz tego jest mały i łatwo się wszędzie mieści, można go też bez problemu obsługiwać jedną ręką. Z drugiej strony mój nowy Xiaomi (wiem, że w rozumieniu standardowego gadżeciarza to już jest staroć, ale dla mnie nadal jest nowy) robi wszystko ekstremalnie szybko i nie ma takiej rzeczy, której by nie sprostał. To obejmuje np. dużą ilość miejsca na mapy, których używam dużo, bo lubię podróżować z Najlepszą Żoną (TM), i długi czas działania na baterii (3 dni w porywach). Pytanie teraz: czy warto porzucać część przydatnej funkcjonalności dla uproszczeń w innych aspektach? Czy po prostu mądrzej korzystać z urządzenia o lepszej funkcjonalności? Miotam się pomiędzy tymi dwoma opcjami i szczerze mówiąc nie wiem, która lepsza, ale powinienem się szybko zdecydować, bo jednym z założeń minimalizmu jest nietracenie czasu na pierdoły, a to właśnie jest pierdoła. Dzisiaj jestem na Xiaomi. Zobaczymy co dalej. 

poniedziałek, 6 marca 2017

Szafa

No i po łykędzie. Jeżeli chodzi o moje perypetie życiowe, to niczym blogerka modowa zrobiłem remanent w szafie. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że miałem tam górę dziurawych szmat nienadających się do noszenia. I kiedy mówię górę, to mam na myśli górę - po szurnięciu na łózko sięgała mi do szyi. Kto by pomyślał? W każdym razie wystarczyło je wypieprzyć i już się w szafie zrobiło luźno. I nie ma problemu ze znalezieniem niedziurawych gaci, żeby je na siebie wciągnąć rano. Może to mało gadżeciarski news, ale jak szaleć to szaleć.

Ponadto nastąpiła druga tura remanentu w szafce z papierami i okazało się, że jest tam jeszcze więcej niepotrzebnych śmieci. Ileż się, panie tego, nagle miejsca wszędzie zwalnia!

piątek, 3 marca 2017

Wena chodź

Dzisiaj jakoś mi wena nie chce przyjść na sensownego posta, piszę i kasuję już chyba szósty raz. Na razie oleję, zamiast posta dostaniecie poemat tragikomiczny, który sporządziłem dzieckiem będąc, gdy na dworze lało, a ojciec wręczył mi butle i kazał iść do ujęcia wody oligoceńskiej. Ekhem...

W tą okropną niepogodę
Kazał tatuś iść po wodę

Leje, pada, siąpi, chlupie
Tatuś miał to wszystko w nosie

Idzie Maciuś mokry, biedny
Bo go wysłał tatuś wredny

Z głodu aż drży główka mała
Bo mamusia jeść nie dała

czwartek, 2 marca 2017

Jaka kurde przestarzałość?

Urządzenia elektroniczne w, za przeproszeniem, "dzisiejszych czasach" są przestarzałe w zasadzie już w momencie, kiedy pani w kasie wyda nam paragon. Tak naprawdę możemy po odejściu od kasy wypieprzyć urządzenie nawet go nie rozpakowując i zawrócić, aby kupić nowsze. Nie będziemy ich w ogóle używać, ale przecież nie o to chodzi.

Jeżeli chciałoby się ich jednak używać, warto zadać sobie pytanie - co to do cholery znaczy przestarzałe? Że w smartfonie nie będę miał nowej rewolucyjnej funkcji inteligentnego popierdywania, bo telewizorek nie ma technologii TVOY-HOY opracowanej w tajnych laboratoriach w Shenzhen?

Każdy gadżeciarz to zna - muszę mieć nowe, bo stare nie dostanie aktualizacji systemu z wersji Ziutek do wersji Fiutek 10.17.2.3.8.9.123.1-B. Często nawet się nie zastanawiamy po kiego to robimy. A czasami warto. Dlaczego więc chcemy koniecznie mieć nową wersję systemu Fiutek?

1. W wersji Fiutek 10.17.2.3.8.9.123.1-B są nowe funkcje, których nie będziemy mieć, jeżeli zostaniemy przy wersji Ziutek. Ok, a cóż to za nowe funkcje? A, że jak przytrzymam dłużej ikonkę paluszkiem to robi "blulululululu" i wyskakują z niej gwiazdki. Że jak uruchomię aparat, to obrazek wskakuje z lewej, a nie z prawej. Że ikonka telefonu ma ładniejszą słuchaweczkę. Wiadomo, przesadzam, ale jak o tym pomyśleć, to te "nowe funkcje" stają się powoli tak wydumane, że nie oferują tak naprawdę nic, co by rzeczywiście w jakiś sposób usprawniało działanie urządzenia. Same zasłony dymne, żeby stworzyć sztuczne potrzeby i zmusić klejentów do apgrejda. Ach, sztuczne potrzeby. Jeszcze do was wrócimy, boście w tym wszystkim kluczowe.

2. Bezpieczeństwo! Luki! Wykradanie danych! Lelum polelum! Kiedy ostatnio złapaliście wirusa na komórkę? Tak myślałem. Taka sama pułapka, jak ubezpieczenia. Będę odsączał sobie kasę z konta na ten 1:100000000000000000 wypadek że coś się stanie. "Ale ja mam bardzo wrażliwe dane na smartfonie, wszystkie numery swoich kart płatniczych z hasłami do kont! Szyfr do skarbca w Szwajcarii!" To może lepiej tego nie mieć na komórce? Tak naprawdę jak ktoś chce się włamać, to się włamie. Chce ukraść, to ukradnie. Nieważne czy fiutek, czy ziutek.

3. W wersji Ziutek nie działa nowa aplikacja do robienia zdjęć cebuli! No dobra - ale czy te nowe aplikacje są naprawdę potrzebne, czy po prostu nagle wszyscy zaczynają je ściągać i trzeba je mieć, żeby być trendy? Trzeba mieć ze sobą 50 różnych sieci społecznościowych, żeby wymieniać obelgi z ludźmi, których nie widzieliśmy na oczy? Większość nowych aplikacji jest tak naprawdę bezwartościowa, no bo, cholera jasna, na ile różnych sposobów można z kimś czatować i klikać w kryształki?

To co chcę powiedzieć, to że przed podniesieniem larum, że przestarzałe, że trzeba mieć nowe, warto pomyśleć - czy te nowe funkcje w jakikolwiek sposób podniosą moją jakość życia? Czy będę dzięki nim bardziej szczęśliwy? Czy po prostu będą wydzierać mi jeszcze więcej mojego cennego czasu i uwagi?

Przesiew sprzętów

Moje pierwsze nieśmiałe konwulsje podjęte parę miesięcy temu na drodze do ograniczenia pierdolnika polegały na zmniejszeniu liczby posiadanych przeze mnie urządzeń elektronicznych. W najlepszych latach niepohamowanego gadżeciarstwa z szuflad wylewały mi się sprzęty takie, jak:

- HTC Wildfire, mój pierwszy smartfon
- HTC Wildfire S, smartfon używany jakiś czas przez moją Małżonkę
- Sony xperia x10, stary telefon służbowy mojej Małżonki
- Sony xperia S, jeszcze jeden stary telefon służbowy mojej Małżonki
- Samsung Galaxy Mini, stary telefon mojej mamy, który wziąłem do "zabawy"
- Goclever Quantum2 400, nabyty na etapie, kiedy jeszcze mi się wydawało że tanie sprzęty nie muszą być gówniane.
- Nokia Asha 503 - nabyta z ciekawości
- Microsoft Lumia 535 - bo chciałem się przerzucić na Windows
- Microsoft Lumia 435 - bo chciałem zobaczyć jak działają gówniane smartfony z Windows (całkiem dobrze)
- Nokia Lumia 820 - bo chciałem w końcu mieć dobrego smartfona z Windows (jest dobra)
- iPhone 3GS - żeby grać w starocie z appstora
- iPhone 4S - bo teraz już tani i dobry
- Bardzo liczne stare telefony z guzikami
- Tablet Manta coś tam, taki mały dziadowski (na fali mojej fascynacji dziadowskimi tabletami)
- Tablet Kiano Elegance 8 3G by Zanetti (cóż za chwytliwa nazwa).
- Tablet Alcatel One Touch coś tam pixi coś tam dupa 8 coś tam tego (też chwytliwa nazwa), bo w promocji do internetu dodawali
- Tablet Lenovo Tab2 coś tam, bo w promocji
- Tablet Colorovo Citytab Supreme 8, bo z Windows.

Wow. Spróbujcie teraz używać tego wszystkiego naraz. Nie da się (przypominała mi o tym często moja Małżonka). Moje pierwsze instynkty, w pewnym stopniu słuszne, zakładały więc wyzbycie się tego wszystkiego i zakup czegoś naprawdę dobrego, czego bym używał. Po wyczerpującej wyprzedaży na allegro zostały mi z tego wszystkiego tylko te dwa iPhony, Lumia 820 i tablet Colorovo (tylko dlatego, że pierdykło się w nim resetowanie do ustawień fabrycznych, a wywalać szkoda). Nabyłem za to Xiaomi Redmi 3 Pro, naprawdę świetny smartfon, ale... teraz dałngrejdnąłem się do iPhona 3GS, którego w założeniu nie miałem zamiaru używać jako telefonu. Do tego jeszcze dojdziemy. Z kolei w ramach porządnych tabletów zaopatrzyłem się w iPada Air 2 - jest super świetny i ma fajny duży telewizorek, iPada Mini 2 - bo mały i podróżny i oooo, jaki uroczy - i iPada (tego pierwszego) - no bo bez gówien chyba nie umiem przeżyć. Trochę z deszczu pod rynnę, ale i tak z cholera wie ilu sprzętów zrobiło się tylko siedem. Od czterech miesięcy nie kupiłem też żadnego nowego - a wierzcie mi, że jest to dla mnie osiągnięcie. Droga jeszcze daleka, ale impruwment jest.

środa, 1 marca 2017

Czystka

Ostatnio przetrzebiłem jedną ze swoich szafek i wypieprzyłem wielką materiałową torbę pełną papierów. To znaczy papiery wypieprzyłem, torba została. Zadziwiające, co człowiek potrafi trzymać nie wiadomo po co. Jakieś stare zeszyty, zapiski nie wiadomo o czym, losowe kawałki plastiku... wpierdacza się to wszystko do szafy, upycha kolanem i zapomina, do momentu kiedy się ją znowu otworzy - i wtedy "lelum polelum, co ja biedny uczynić mam" i z powrotem się ją zamyka. A ona tam siedzi i w ciemności knuje, a śmieci, gdy nikt nie patrzy, rozmnażają się przez pączkowanie i tylko czekać, aż od jakiejś określonej masy krytycznej zyskają samoświadomość i zaczną zadawać niewygodne pytania. 

"Dlaczego trzymasz nas zamknięte w ciemnicy?"

"Co jest poza szafą?"

"Czym jest wszechświat? Po co żyjemy?"

Brrr... dobrze, że się ich już pozbyłem. Do tego zmiotłem rzeczy z biurka, zwłaszcza pojemniki z 129873198 długopisami sterczącymi nie wiadomo w jakim celu. Co, mam coś ręcznie pisać? Niedoczekanie.

Wariat, czy co?

Piszą o tym wszyscy o wiele mądrzejsi ode mnie blogerzy, ale na wszelki wypadek zaznaczę - minimalizm niekoniecznie polega na posiadaniu jednej obdartej koszuli, śmierdzeniu i żarciu trawy*. Ja w każdym razie nie zamierzam tego robić. Minimalizm to dla mnie trochę jak zjedzenie czerwonej pigułki i wychylenie łba z matriksa. Można by zapytać, "a po cholere mie to?"

Większość ludzi w tzw. krajach rozwiniętych, do których Polska wbrew pozorom należy, patrzy któregoś dnia na jakiś regał/szafkę/whatever i myśli "matko, co za pierdolnik". Zbyt liczne graty potrafią przytłaczać, burdel na biurku jest wyczerpujący, góra niepozmywanych naczyń groźnie zgrzyta i grozi zawaleniem. Większość z tych ludzi następnie spędza w pocie czoła długie godziny na sprzątaniu tego pierdolnika, a następnie radośnie idzie i kupuje jeszcze więcej gówien, co skutkuje dalszą inflacją tegoż, oraz deflacją portfela.

Niektórzy jednak zadają sobie w pewnym momencie podstawowe pytanie, które już zostało wcześniej przywołane: "a po cholere mie to? Po cholerę gromadzę te wszystkie śmieci? Po cholerę wydaję pieniądze na rzeczy, których nawet nie mam czasu używać?" W moim przypadku bodźcem było wieczne nienasycenie. Używałem jakiegoś sprzętu przez chwilę, po czym znowu buszowałem po allegro w poszukiwaniu czegoś nowego. Nie osiągnęło to nigdy jakichś monstrualnych rozmiarów, nie doszło do przepuszczania rodzinnej fortuny na pierdoły, ale jednak jak człowiek ma w szufladzie dwadzieścia smartfonów i tabletów różnej proweniencji, to coś chyba jest nie tak.

Jeszcze inną rzeczą jest przesycenie nadmierną konsumpcją. Mój attention span przez to spadł niemal do zera. Kiedyś grałem w gry i czytałem książki do końca. Teraz nie jestem w stanie skupić uwagi na jednej grze na tyle, żeby gdziekolwiek dojść. Zaczynam piętnaście książek naraz i nie kończę. No ale jak się ma 400 gier w bibliotece steam i pierdyliard darmowych książek z amazona na kindlu, a tylko kilka godzin dziennie, to można albo się zesrać, albo wybuchnąć, albo jedno i drugie. Tylko nie wiadomo w jakiej kolejności.

Strasznie mnie to irytuje. Tym bardziej, że poza tym należę raczej do osób zadowolonych z życia i nie potrzebujących zbyt wiele do szczęścia. Powiedziałem więc: stop! Następnie zacząłem czytać hipsterskie książki i blogi i powoli wdrażać szeroko zakrojone zmiany w swojej egzystencji. Więcej smędzenia wkrótce.

 *Warto zauważyć, że jak się doda do tego brodę i okulary to wyjdzie Steve Jobs