Nigdy nie chciałem mieć kota. Na szczęście, Najlepsza Żona(TM) w swojej niezmierzonej mądrości przekonała mnie, żeby dać futrzakom szansę.
Teraz z całą mocą twierdzę, że nasza kotka Tesla jest najlepszym psychoterapeutą, jakiego można mieć. Kiedy wstaję rano i człapię do kuchni szukać kawy i mózgów, a potem uwalam się na fotel i myślę co tu zrobić, żeby się nie rozsypać od razu, Tesla na mnie włazi i zaczyna mruczeć. Koty mruczą, jak jest im dobrze, ale też w innych sytuacjach - mruczenie je uspokaja i działa przeciwbólowo. I to też działa na ludzi - kiedy kot na mnie siedzi i mruczy, od razu jestem spokojniejszy i bardziej optymistycznie nastawiony do życia. Można powiedzieć, że to taka autonomiczna poduszka medytacyjna.
To gówno prawda, że koty są takie "niezależne" i że "nie przywiązują się tak jak psy". Gdy ja i Najlepsza Żona(TM) wstajemy rano razem, Tesla podchodzi do każdego z nas i się chwilę ociera, ew. jak ma chwilę czasu przed spaniem, to włazi na każde z nas i mruczy przez jakąś minutę. Nasza druga kotka, która w książeczce zdrowia ma wpisane "Gryzinoga", a którą roboczo nazywamy Pimpusiem... aaa, mężczyźnie nie przystoi wymawiać słowa Pimpuś, nie jestem już twardy! Muszę odbudować swój imydż twardziela! Dupa, dupa, dupa, dupa, cycki! ...no więc nasza druga kotka cieszy się jak dzika jak wracamy do domu, niemalże lata w powietrzu, a jak wychodzimy to siedzi wpatrzona w drzwi i żałośnie piszczy. Jak to nie jest przywiązanie, to ja nie wiem co nim jest. A mówiłem już, że aportuje piłeczki?
W każdym razie botomlajn jest taki, że przygarnięcie kota powoduje gigantyczny przyrost zadowolenia z życia. No chyba, że ktoś jest uczulony. Wtedy przesrane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz