Dzisiaj znowu zadamy sobie pytanie "apocholeremieto". Pytanie to powtarza się z zadziwiającą częstotliwością, może powinienem tak zatytułować bloga? Enyłej, szczęście. Nie będę udawał, że mam receptę na wszelkie bóle dupy i szczęśliwe życie pełne kwiatków i motylków, ale podzielę się kilkoma przemyśleniami, w większości nie moimi, które do mnie trafiają.
Zacznijmy od tego, że gromadzenie wszelkiego śmiecia szczęścia nam nie da, nawet mimo to, że reklamy nam to wmawiają. Zdradzę wam sekret: reklamy to bulszit. Gromadzenie śmiecia da nam tylko krótkotrwałe zadowolenie z odpakowania nowego smartfona bądź kompjutera. Znacie to? Odpakowujecie jakiś gadżet, jest fajny bo nowy przez pierwsze parę dni, a potem powszednieje. Jakie jest rozwiązanie? Kupić nowy, żeby znowu poczuć to samo. Ponieważ większość z nas (w tym niżej podpisany) nie zarabia kokosów, możemy pozwolić sobie na takie zabawy tylko raz na czas. Skutek - parę dni euforii z kupna nowego gadżetu mija i przez resztę miesiąca ślinimy się do nowych rzeczy przekopując serwisy zakupowe, albo co gorsza nadwerężamy rodzinną fortunę dla kolejnych paru dni na haju. Czekamy jak debile na kolejne premiery nowych sprzętów, które są coraz częściej i częściej, żeby zaspokoić nasz głód coraz to nowych i nowych rzeczy.
Nie jest to zbyt zdrowy układ. Ale to nie szkodzi, bo mam dla was Magiczne Rozwiązanie (TM): już bardzo dawno temu Bardzo Mądrzy Ludzie (TM) zorientowali się, że aby być szczęśliwym, wystarczy cieszyć się tym, co już mamy. Prawdziwe szczęście to proste rzeczy: przypomnijcie sobie jakiś moment, w którym czuliście się naprawdę szczęśliwi. Na 99% nie jest on związany z "wydałem dużo piniendzów" albo "kupiłem większy telewizor niż ma sąsiad", tylko "zaprtalałem na rowerze po działce" albo "oświadczyłem się mojej babce".
Dodajmy jeszcze, że bardzo wiele rzeczy, które są nam "koniecznie do szczęścia potrzebne", wcale takie nie są.
Ponieważ poszukiwanie szczęścia w życiu jest jedyną sensowną rzeczą, jaką można robić, czerpanie zadowolenia z już posiadanych rzeczy, ograniczanie ich ilości do tych, które są nam naprawdę potrzebne i które naprawdę lubimy i uświadomienie sobie, co tak naprawdę jest istotne poprawi naszą jakość życia o jakieś 1000%. W każdym razie w moim przypadku nawet podejmowanie nędznych prób wdrożenia takiej fizolofii już pozwoliło odczuć gigantyczną ulgę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz