piątek, 3 listopada 2017

Mogło być gorzej

Trzy miesiące to jeszcze i tak nie najdłuższa przerwa jaką zrobiłem w blogowaniu/filmowaniu/whatever. Teraz skrobię mimo, że mi się nie chce i nie wiem o czym, znowu tylko po to żeby coś naskrobać. Może w trakcie tego skrobania mnie natchnie i nagle wrócę do regularnego pisania? Ech... chyba muszę znowu rozszerzyć zakres tematyczny bloga, bo jakoś nie wyobrażam sobie napinania się w celu nasmarowania notki na jakiś temat, na który zupełnie nie mam weny.

W końcu blog nosi tytuł "minimalizm gadżeciarza", a skoro gadżeciarz, to nerd, a jak nerd, to i gracz w różne gry. Zresztą to już wiecie. Może zacznę na niniejszych łamach narzekać na gówniane gry? Czemu nie.

Kontynuując temat gier (segue segue), moje programowanie leży i jęczy. Ale hej, nie z takiego dna już je podnosiłem. Coś tam pamiętam z tego szczątkowego kursu html5, który zrobiłem na code academy, więc nie wszystko w las poszło. Trzeba tylko odgrzebać i iść dalej. Lewa noga, prawa noga.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Tomb of the Dread Lords w konkursie!

Oczywiście się zagapiłem i nie zdążyłem wprowadzić wszystkich zmian przed dedlajnem, ale jednak Tomb of the Dread Lords bierze udział w tegorocznym Solitaire Print and Play Contest w następujących kategoriach: 


- Best game by a returning designer
- Best regular pnp build
- Best dungeon crawl
- Best Game Designed in Contest Timeframe


Gra nawet w tej postaci jest bardzo grywalna i ogólnie się podoba. Jeden z komentatorów nawet zrobił kolorowe pro-komponenty, które wyglądają fantastycznie, i do tego jeszcze pozwolił mi je wrzucić po zakończeniu głosowania!

Jestem z siebie nielicho dumny, bo po kilku kosmetycznych zmianach, które już są generalnie gotowe, gra będzie skończona! W sensie, koniec modyfikacji, rozszerzania, skracania, po prostu gotowa gra! Zrobiłem coś od początku do końca! Nawet nie wiecie jaki to dla mnie wielki krok. Chyba, że czytaliście moje poprzednie wypociny, to trochę wiecie. Ale i tak nie za bardzo.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Notka żeby była

Ponieważ blog jest przeznaczony głównie dla mojej osoby, postanowiłem napisać posta byle napisać, bo w sumie takie było założenie - byle co, byle być w miarę konsekwentnym. 

Jednym z efektów ubocznych życia w świecie internetów i przeładowania informacją jest to, że mój attention span jest beznadziejnie parszywy. Mówiłem to już chyba wcześniej - nie mogę się na niczym skupić na dłużej, zaczynam po 50 książek i żadnej nie kończę, czytam po 20 podręczników do RPG naraz z myślą o ukręceniu jakiejś kampanii i oczywiście tego nie robię, bo nie kończę żadnego podręcznika, uczę się po 70 języków programowania naraz i umiem w każdym wyświetlić napis "hello world" i nic więcej. 

Szczerze mówiąc już nie wiem jak sobie z tym radzić. Próbuję skupić się na jednej rzeczy, ale wychodzi mi to w tym momencie praktycznie wyłącznie w cRPGach Bioware. Dobre i to, ale no kurde...

Ogólnie plan jest taki, żeby z programowania skupić się na HTML5, czytać po jednej książce, a z RPGów zostać przy Shinobi&Samurai (w które gram ze znajomymi) i Microlite20 (w co grałem z bratem) w dziedzinie fantasy, a jeżeli chodzi o s-f to chyba traveller i tyle. No i doszlifować moją konkursową grę na BGG, która wymaga już właściwie tylko zmiany kilku cyferek i będzie można ją oznaczyć jako "contest ready".

Oczywiście to jest trochę tak jak odwyk od substancji psychoaktywnych - idzie dobrze przez parę dni, a potem człowiek znowu się zakopuje w milionie jakichś gówien. Ech... trzeba chyba po prostu mieć nadzieję, że te lepsze okresy będą się zdarzać coraz częściej.
 

wtorek, 1 sierpnia 2017

Zapuścił się żem, bo URLOP

Ło matko ale się żem zapuścił. Byłem na urlopie, to i zapomniałem o pisaniu, widocznie tak musi być. A skoro już mowa o urlopie, to może warto trochę zgłębić tę tematykę. Jak minimalista spędza urlop? Właściwie to nie wiem, ale mogę wam powiedzieć jak ja to robię. Prawie wszystkiego co wiem o technologii urlopów nauczyła mnie Najlepsza Żona(TM), która niczym Wielki Wódz już wcześniej wiedziała czym to się je. Oto więc kilka wskazówko-ględzeń:

1. Pakowanie. Wielu ludzi strasznie się przejmuje pakowaniem i zabiera ze sobą tyle rzeczy, że trzeba grać w ostry tetris w bagażniku. Najlepsza Żona(TM) nauczyła mnie natomiast, że warto się pakować lekko. Czy naprawdę na urlopie potrzebne jest żelazko, komputer, pięć par spodni, sześć scyzoryków, siedem kompletów sztućców, zestaw desek do krojenia i garnków? No, może jeżeli się jedzie na jakąś srogą Syberię, żeby już tam zostać. Ale na weekend do cywilizowanych krajów? Litości. My się mieścimy na weekend w jedną małą walizeczkę na kółkach, plus ew. plecak na tablet, książki, gry i ładowarki i torba na żarcie, którego nie chcemy zostawiać w lodówce. Na dłuższą podróż jeszcze nam się nie zdarzyło zapakować bardziej niż w dwie takie walizki. Nigdy nie wykupujemy dużego bagażu w samolotach. I przysięgam, jeszcze nigdy nie usiedliśmy myśląc "kurde, jak żałujemy, że nie wzięliśmy wielkiej walizy do której moglibyśmy napchać rzeczy, których nam teraz tak bardzo brakuje". Co do brania ze sobą komputera - jeszcze nigdy nie potrzebowałem na urlopie laptopa, srajpad w zupełności do wszystkiego starcza. I dobrze się na nim ogląda Netflixa.

2. Transport. Tanie loty i inne okazje to nasz przyjaciel. Mamy znajomego, który twierdzi, że lot do Stanów to co najmniej 2000 zł w jedną stronę (od osoby), a ceny hoteli na miejscu zaczynają się od 300$. Nie wiem, czy my naszą determinacją zakrzywiamy rzeczywistość, ale polecieliśmy za ok. 1000 zł w dwie strony (od osoby) i najdroższy hotel, w jakim mieszkaliśmy kosztował ok. 35$. W centrum Las Vegas. BTW, parki narodowe USA to niesamowite miejsca przerastające nędzne wyobrażenia europejskiego człowieka. Trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć.

3. Zwiedzanie. Ludzie są różni. My akurat nie jesteśmy zwolennikami wstawania o szóstej rano i jak najszybszego odhaczania po kolei zabytków biegając po mieście z zaciśniętymi zębami (i pośladami). Od "oficjalnych" zabytków i muzeów, w których często są dzikie tłumy ludzi, wolimy często pójść w jakąś boczną uliczkę, zatrzymać się w jakiej lokalnej kawiarence, popatrzeć na domeczki i popróbować miejscowej kuchni. Disclaimer: znamy osoby, które lubią biegać po zabytkach, ale im to sprawia radość i robią to bez zaciśniętych zębów i pośladów. I rest my case.

4. Pułapki na turystów. Termin ten wziąłem z bloga mojego idola, Mr Money Mustache. Pułapka na turystów to miejsce, w którym na każdym rogu czyha na nas okazja do wywalenia pieniędzy. Są one najczęściej zastawiane na standardową urlopującą rodzinę (Seba, Karyna i ich dzieci - Brajan i Dżenifer), której wydaje się, że dobre wakacje to spędzenie 2 tygodni w drogim hotelu i szwendając się bez celu po okolicy, ale nie oddalając się za bardzo. Obejmują różne "parki rozrywki", w których za wszystkie "atrakcje" trzeba słono zapłacić i wszędzie serwują za drogie i parszywe przekąski i słodycze. Upierdliwych sprzedawców oferujących irytujące świecące gówna, które zwłaszcza w nocy szpecą krajobraz. Knajpy, w których można zjeść drogo w tłumie ludzi. W skrócie, miejsca nastawione na maksymalne wyssanie portfeli przyjezdnych. Nie muszę chyba dodawać, że znakomita większość rzeczy, które w pułapkach możemy nabyć wcale nie zapewni nam cudownych, niezapomnianych wakacji. Rozwiązanie tego problemu jest jednak dziecinnie proste: wystarczy tam nie chodzić. Każda miejscowość, w której są pułapki na turystów, zawiera również miejsca tych pułapek pozbawione. Z kolei w Polsce nie ma takich pułapek na szczęście aż tak dużo, występują głównie nad morzem i w Zakopcu. Jeżeli już się zapuszczamy w takie miejsca, warto cały czas pamiętać, gdzie się znajdujemy. Po odpowiedniej praktyce przestaną na nas działać.

4. Stres. Na wakacje się jedzie, żeby się NIE stresować. Wiele osób zdaje się o tym zapominać. Nieważne, czy zdążymy, czy dojdziemy, czy wpuszczą, czy otwarte. Zawsze jest coś innego, co można zrobić zamiast.

5. Straszliwy międzywymiarowy wombat zamierza pożreć Układ Słoneczny. Tylko sprawdzam, czy jeszcze nie śpicie.

piątek, 14 lipca 2017

Makintosz za wafle

Dzisiaj chciałem poruszyć temat, który jest poruszany często, ale nadal za mało. Zamiast jednak ględzić wokół, od razu przejdę do przykładu, który to najlepiej ilustruje.

Swego czasu w kiosku przed pracą codziennie kupowałem wafla z colą. Kosztowała mnie ta przyjemność 4 złote i 30 groszy. Niewiele, prawda? Taka mała kwota, akurat wystarcza na wafla z colą.

Ile to na tydzień? Cóż, 5 dni roboczych razy 4,30 - wychodzi 21,50. O, to już średniej wielkości zestaw w McGrzybie.

A na miesiąc? Średnio cztery tygodnie w miesiącu, to pomnożymy przez cztery i... 86 zł. Wow, już dziadowski telefon komórkowy.

To ile to rocznie? Po krótkim wyszukiwaniu w gugielu ustaliłem, że w 2017 jest 250 dni roboczych. Odliczę 20 dni urlopu (powiedzmy, że całego nie wykorzystałem). To 230 dni. Razy 4,30 zł... 989! Całkiem dobry smartfon plus drogie słuchawki!

Wow, jeden wafel z colą dziennie to po roku smartfon? A co po czterech latach? Zobaczmy: 989 x 4 = 3956. You guessed it - cztery lata bez wafla to MacBook Air. Plus chudsza dupa i lepsze zdrowie. 

Taka jest potęga kontrolowania i oszczędzania drobnych kwot - a to tylko 4,30 dziennie. Pomyślcie co by było, jakby się udało przyciąć 10 dziennie? Albo 20? I jeszcze doliczając oprocentowanie np. z lokaty?

wtorek, 11 lipca 2017

Apdejt

No, w zeszłym tygodniu się zapuściłem. Nie było cytatu z Baldurs Gejta. Jakoś tak zawsze jest jak wyjeżdżam; tylko w pracy pamiętam, że w danym dniu mam coś skrobnąć.

W niniejszym poście chciałbym podziękować warszawskiemu Zarządowi Transportu Miejskiego. Otóż remonty i cięcia w liniach i rozkładach jazdy sprawiły, że komunikacja miejska nie nadaje się w tym momencie absolutnie do niczego. Autobusy jeżdżą nieprzewidywalnie, tramwaje jeżdżą bez sensu, metro zatłoczone. Dzięki temu najlepszą opcją dostania się z domu do roboty jest rower. Także bardzo dziękuję ZTM, dzięki wam będę zdrowszy i w lepszej kondycji. I bogatszy.

A, i narkotyki przestały działać. Poza tym okazało się, że mój srajfon nie zmarł, tylko tak straszył. Bateria przestała się rozładowywać jak dzika. Cóż zrobić, zostałem uboższy o parę złotych i bogatszy o w miarę przyzwoity tani phablet. Na razie nic nie będę robił, nie będę się nawet nad tym zastanawiał. Przede wszystkim trzeba przestać zawracać sobie głowę takimi pierdołami. Zen. Drzewo stojące nad brzegiem. Uczeń zapytał: czy samuraj na dinozaurze ma naturę buddy? Mistrz odpowiedział: przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

wtorek, 4 lipca 2017

Odroczenie

Dzisiaj sensownego posta nie będzie, bo łeb mię napieprza i czuję się jak stara dętka. Zamiast tego trochę pojęczę, to może mi ulży:


ojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojojoj....

wtorek, 27 czerwca 2017

Oda do roweru

Rower to najwybitniejszy wynalazek ludzkości, zaraz po piwie i science fiction. Jest to absolutnie doskonała inwestycja w samego siebie, a także w zasadzie w przyszłość całego świata. Dlaczego? Oto Niezbite Dowody Macieja na potwierdzenie tej tezy:

1. Mamy własny pojazd, w związku z czym nie jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę komunikacji miejskiej.

2. Małe rozmiary sprawiają, że śmiejemy się w ryj korkom i wciśniemy się wszędzie.

3. Jak jest zakaz wjazdu, to najczęściej nie dotyczy rowerów.

4. Rower nie potrzebuje żadnej benzyny, spala tylko naszą dupę. Oszczędność paliwa!

5. W świetle powyższego, jeżeli jeździmy na rowerze do roboty i z powrotem, to mamy 1-2 godziny darmowych ćwiczeń - bez żadnych nakładów finansowych i przy minimalnych nakładach czasowych. Nie trzeba tracić czasu w ciągu dnia na zanudzanie się siłką/ćwiczeniami z Chodakowską. Win!

6. W świetle powyższego, nie spalamy zdechłych dinozaurów i nie wypierdujemy żadnych trujących spalin, co jednocześnie ogranicza zużycie ograniczonych zasobów i zanieczyszczenie środowiska przez nasz wehikuł do ZERA.

7. Rower doskonale nadaje się na spędzenie wolnego czasu polegające na zapierniczaniu wśród lasów i pagórków. Oszczędność na opłatach za wstępy do różnych drogich miejsc i więcej radochy!

8. Jazda na zimnie i w deszczu, gdy wszyscy kiszą się w kabinach samochodów, pozwala poczuć się jak prawdziwy zły tyłek.

9. Po jeździe człowiek ma więcej energii i nie jest ospały i skapcaniały.

A z innych rzeczy, to jest dobrze, bo nie myślę w ogóle o tabletach i smartfonach. Mam nadzieję, że działanie narkotyków jeszcze się utrzyma.

wtorek, 20 czerwca 2017

Kupiłem narkotyki

Niniejszym ogłaszam, że mój wpis o małym zwycięstwie, chociaż zawiera mądrości wielkie, mogę w zasadzie zmiąć, opluć, wywalić do kibla i spuścić wodę.

Otóż nie udało mi się powstrzymać i kupiłem narkotyki. Tanie, ale za to błyszczące i mrygające. Z Androidem. Zapchałem się nimi i teraz żyję w zen-świecie nie myślenia o nowych urządzeniach elektronicznych. Oczywiście, postanawiam sobie mentalnie, że tak już zostanie, ale jak siebie znam - cholera wie. Niestety, nawet nie mam wyrzutów sumienia i nie jest mi wcale przykro. Może to dobry znak? Że jednak był to dobry zakup? 

Dlaczego to zrobiłem? Wkurzał mnie brak aplikacji w Windows 10 Mobile. Że nawet jak są, to jakieś przedpotopowe, wybrakowane wersje. I chociaż jak sam zauważyłem, nie ma to żadnego znaczenia, bo i tak najgówniańszy smartfon pozwala mi uzyskać dostęp do ogółu ludzkiej wiedzy w kilka sekund, to jednak mnie to nie przestawało wkurzać. Wkurzał mnie też dziadowski ekran, bo moje delikatne oczka przyzwyczaiły się do amoledów i sraj-pi-esów. Powinienem po prostu przestawić swój łeb na inny tryb, przestać się wkurzać i zaakceptować to co mam, ale jeszcze nie jestem na takim lewerze zaawansowania.

Puszka dziegciu w czarze Pandory się przelała, gdy chciałem sobie zainstalować Ubera i okazało się, że to jakaś dziadowa wersja, która nie działa jak powinna. Stwierdziłem po tym, że wuj z tym, mogę się albo użerać i udawać, że taki ze mnie minimalistyczny asceta, albo odżałować trochę grosza i już o tym przestać myśleć. No i tak poszedłem do działu z narkotykami w kerfurze i nabyłem niedrogie ustrojstwo firmy Kiano (kiedyś miałem tablet i był bardzo spoko, więc zachęcony pozytywnymi recenzjami postanowiłem im zaufać znowu). W końcu przecież minimalizm obejmuje również mniej zawracania sobie d... głupotami. Oczywiście, lepiej to osiągać pozbywając się zbędnych zachcianek, niż ulegając im, no ale cóż - nie można mieć wszystkiego. 

Na swoją obronę mam tylko to, że przed zakupem narkotyków odczekałem dwa tygodnie, zamiast popędzić do sklepu od razu. Dobre i to.

PS. Moja gra konkursowa jest już do pobrania, linki są na tym wątku na boardgamegeeku.

wtorek, 13 czerwca 2017

Małe zwycięstwo - case study

Jak to mówią, mały krok dla gadżeciarza, wielki krok dla minimalisty. Coś nie mam szczęścia do tych różnych sprzętów - jak tylko oddałem xiaomi Najlepszej Żonie(TM), siadł mi ajfon, a zaraz potem siadła mi Lumia 820. Zostałem z iPhonem 3GS i Lumią 435. Oczywiście, zająłem się natychmiast przetrząsaniem Internetu, no bo przecież nie mogę sobie pozwolić na jakieś półśrodki, koniecznie trzeba kupić nowe ustrojstwo z wielkim telewizorkiem holograficznym i lodówką na piwo!
Jednak tytanicznym wysiłkiem woli udało mi się tego nie zrobić. Przed wykonaniem jakiegoś zakupu dobrze jest dokładnie wyliczyć sobie przyczyny, dla których koniecznie musimy mieć daną rzecz. I sprawdzić, czy dotychczasowa rzecz nie radzi sobie z nimi tak samo dobrze.
Zajmę się więc moim konkretnym przypadkiem, bo jestem narcystyczną szują, albo pisanie na blogu pomaga mi radzić sobie z własnymi rozterkami. Jedno z dwojga.

Enyłej, do czego używam smartfona?

- Wykonywanie połączeń telefonicznych. Wiem, że jestem w mniejszości, ale there you go.
- Bardzo okazjonalne pisanie wiadomości tekstowych, w tym za pomocą komunikatorów internetowych.
- Słuchanie podcastów - prawie codziennie i bardzo dużo. Właściwie główna funkcja.
- Mapy. Używam nawigacji rzadko, ale na tyle regularnie, że funkcja ta jest dla mnie umiarkowanie istotna.
- Czasami coś sprawdzę w internecie. Nie kluczowe, ale bywa użyteczne.

Co mnie zdziwiło po zgłębieniu powyższego?
- Nie używam telefonu do grania. Gram mało, tak naprawdę to gry mobilne głównie katuję na srajpadzie.
- Aparat - dobrze, że jest, ale jego jakość jest mi obojętna. Ważne, żeby się dało mapkę czy napis sfotografować, ew. jakiś kod QR sczytać.
- Żadna z powyższych czynności nie wymaga wypasionego ekranu fullHD ani głośników stereło.

Które z funkcji, do których używam smartfona, NIE są dostępne w iPhonie 3GS albo Lumii 435?
- ...

No tak. Decyzja była niełatwa, ale jedyna słuszna. Ja i mój portfel jesteśmy wdzięczni.

wtorek, 6 czerwca 2017

Pewien acziwment

Siadł mi srajfon. Stało się to szybciej  niż antycypowałem. Ale niestety się stało - zaczął żreć baterię jak szalony, losowo się wyłączać i nie chcieć się włączyć i w ogóle odmawiać posłuszeństwa. 

Odgrażałem się poprzednio, że pobiegnę na bazar (allegro) i kupię drugiego takiego samego. Nie zrobiłem tego jednak. Chociaż taki był mój pierwszy odruch i nadal odczuwam konieczność przeglądania allegro w poszukiwaniu nowego fona, przesiadłem się na starą lumię 820. 

Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma. Naprawdę, niczego mi w tym telefonie nie brakuje, poza moim zafiksowaniem nad posiadaniem aktualnego systemu i wszystkich aplikacji na świecie, które to desperacko staram się odfiksować.

Jak to zrobić? Cóż, pierwszym krokiem do odfiksowania się od najnowszych aplikacji jest zdanie sobie sprawy, że wszystko praktycznie można zrobić przez przeglądarkę internetową. A Internet Explorer pod WP8.1 to nadal moim zdaniem jedna z najlepszych mobilnych przeglądarek. Przykładowo, Facebook przestał wspierać messengera pod WP8.1. Co można z tym zrobić? Ano wleźć w wiadomości FB przez przeglądarkę i przypiąć sobie tę stronę do ekranu startowego. Szczerze mówiąc działa lepiej niż aplikacja.

Drugi krok to mój artykuł o fiutkach, ziutkach i przestarzałości, o ten. Najlepszy sposób na pokonanie tego wroga, to obrócenie go w żart.

Poza tym niestety nie mam na dzisiaj żadnych światłych porad mędrca. Za to dalej pracuję nad moją grą na konkurs BGG. Już niedługo zamieszczę pliki do pobrania i wówczas podlinkuję.

czwartek, 1 czerwca 2017

Tomb of the Dread Lords

Jutro, jak zwykle, postaram się sypnąć jakimś cytatem z baldursgejta na weekend, natomiast dzisiaj mały apdejt co do moich planów growych. Pracuję nad grą planszową na 2017 solitaire print and play contest na boardgamegeeku. Właściwie to zacząłem prace koncepcyjne wcześniej, ale akurat nadarzyła się nowa edycja konkursu, więc postanowiłem w tym roku spróbować swoich sił. Brałem już wcześniej udział w konkursach na BGG, tylko jeden udało mi się ukończyć z działającą grą (Chills).

W każdym razie nowa gra nazywa się Tomb of the Dread Lords i jest solowym dungeon crawlem. Na razie jest w fazie wczesnego prototypu, ale wczoraj testowałem i nawet jako-tako działa! Problem z projektowaniem gier planszowych, przynajmniej u mnie, jest taki, że do momentu zrobienia prototypu i przetestowania tak naprawdę nie wiadomo, czy cokolwiek z tego będzie, czy najlepiej od razu wyrzucić do kosza. Wracając do tematu, ta gra definitywnie nie idzie do kosza. Jednak dużo pracy przede mną - testowania będzie co niemiara...

Będę linkował do BGG jak coś już zamieszczę.

wtorek, 30 maja 2017

Podupadanie

Ostatnio porządek w zlewie i na biurku trochę podupadł, ale czasami zdarzają się takie dni, że człowiek wychodzi rano, wraca o 22 i wtedy to już nawet Wielki Wódz nie ma na nic siły - może tylko popykać w jakąś grę na srajpadzie i położyć się spać.

Ważne, żeby nie załamywać rąk, nie drzeć szat i nie ryczeć "to koniec". Nie dzisiaj, to jutro ten zlew opróżnię. Trzeba tylko uważać, żeby to nie stało się nowym trendem.

Z gadżeciarskich nowości to oddałem Xiaomi mojej Najlepszej Żonie(TM), dzięki czemu ma telefon spełniający wszystkie jej oczekiwania, a sam dalej dzielnie siedzę na srajfonie 4S. 

Niestety, w ramach podupadania dałem się złapać na okazję. Po sprzedaży tego starego srajpada allegro mi rypnęło prosto w twarz ofertą takiego samego, tylko że dwójki, i w tej samej cenie. Nie oparłem się. Czyli właściwie zachowałem status quo, tylko sprzęt się apgrejdował o generację.

Wnioski mam następujące: za dużo myślę o tych sprzętach zamiast po prostu ich używać. Zacząłem robić czystki i coś tam sprzedawać, to od razu zaburzyła mi się równowaga i rozpoczęło się kombinowanie. Trzeba po prostu zostawić to wszystko w cholerę i się nie interesować. Leży - to niech leży, przynajmniej na razie.

wtorek, 23 maja 2017

Zdradliwe bundle

Na papierze pakiety gier zwane "bundle" wyglądają super. Płaci się dolara albo trzy i dostaje kilka gier, na które inaczej niekoniecznie by się zwróciło uwagę, co pozwala tanim kosztem powiększyć swoją bibliotekę i swoje "growe" horyzonty. Gdyby nie humble bundle, to pewnie nie kupiłbym sobie komputerowego Space Hulka - a okazuje się, że plujący recenzenci gówno tam wiedzą. Gra jest super.

Wszystko świetnie, do momentu kiedy zorientowałem się, że moja biblioteka steam jest zapierdzielona ponad 400 tytułami, z których w część grałem może 5 minut przed przejściem do kolejnego, a części nawet nie ruszyłem. Cyfrowy burdel jest może mniej osłabiający niż fizyczny, ale nadal - patrzę na to zatrzęsienie średniawych, mniej lub bardziej "niezależnych" produkcji, i trochę mi słabo.

Nie da się ukryć, że część z nich bardzo dobrze mieć w swojej bibliotece. Wspomniany Space Hulk, Warhammer Quest, czy wersje Star Wars KOTOR przystosowane do nowożytnych maszyn cyfrowych. Jednak czasami gubię się w tym gąszczu i tęsknię za czasami fizycznych nośników, w których moje gry leżały na półce i można było je szybko i łatwo policzyć.

Powstaje też kolejny problem: bundle są tak łatwe do kupienia, że pieniądze wyciekają z portfela - co prawda nieduże, ale zawsze - a my się przyzwyczajamy do odpakowywania co chwila nowej gry. I nagle trudno jest grać w to, co się już ma, skoro nowe kusi swoją nowością i niską ceną.

Odsubskrybowałem się od wszystkich bundli już jakiś czas temu. Mam wystarczająco gier, żeby mi starczyło praktycznie do końca życia. Poza tym ostatnio gram głównie na konsolach i iPadach - na które bundle mi nic nie dają. Jak o tym pomyślę, to pewnie kontynuacja poprzednich praktyk doprowadziła by w końcu do biblioteki steam liczącej kilka tysięcy pozycji - a z tym to już mógłbym chyba tylko usiąść i zapłakać. 

Teraz pozostaje tylko zrobić porządek w bibliotece. W część gier po prostu nigdy nie będę grał - trzeba je wypieprzyć w cholerę. Następnie należy rozpocząć systematyczne przerabianie wszystkich tytułów. Moim szczytnym celem jest ukończenie, a przynajmniej solidne nadgryzienie, przynajmniej 90% mojej biblioteki. Życzcie mi szczęścia!

wtorek, 16 maja 2017

Więcy materializmu!

Ciekawy artykuł przeczytałem jakiś czas temu na Raptitude - o tym, że jesteśmy za mało materialistyczni. Ale jakże to? Przecież tylko gonimy za piniędzem, za większym telebimem w domu, za monstrualnym dżipem w garażu, to chyba bardziej materialistycznym być nie można?

Otóż można. Bo przy całej tej już wyświechtanej do bólu pogoni za bogactwem tak naprawdę mamy w dupie poszczególne przedmioty, które kupujemy. Taka refleksyja nachodzi mnie szczególnie, gdy przemieszczam się środkami komunikacji miejskiej i kripuję na smartfony. No bo jako tech-maniak naturalnie ciągle sprawdzam, czy inni mają większego, szerszego i... no dobra, nieśmieszne. W każdym razie gapię się na to, jakie ludzie mają gadżety.*

I co? No, po pierwsze, to w Polsce jest całkiem duży odsetek ludzi z windows phonami i  nadzwyczajnie dużo iPhonów, biorąc pod uwagę cenę tego sprzętu i zarobki w naszym kraju. A po drugie, chyba ponad połowa ludzi ma zmasakrowane szybki. Co z tego, spytacie, przecie czasem wypadnie, coś w niego stuknie, po pijaku rozpierdoliłem, łots de big dil?

Ja myślę o tym tak - oto każdy praktycznie ma ze sobą przenośny komputer, który pozwala mu w ułamku sekundy uzyskać dostęp do nieograniczonych zasobów ludzkiej wiedzy i skomunikować się z dowolną osobą na drugim krańcu kuli ziemskiej. Ten magiczny przedmiot nie zajmuje pół szafy trzydrzwiowej, ale mieści się wygodnie w dłoni, nie wydaje najmniejszego szumu, bo jest chłodzony pasywnie i świeci ekranem o wyższej rozdzielczości niż mój wielki desktop był w stanie wyświetlić 20 lat temu na swoim monstrualnym monitorze. Ale zaraz! To nie koniec! Ten miniaturowy cud techniki nie tylko umożliwia nam łączność, ale też jest odtwarzaczem muzyki, filmów i aparatem fotograficznym nierzadko robiącym lepsze zdjęcia niż drogie aparaty cyfrowe sprzed kilku lat. To jeszcze nie koniec! Dioda od aparatu może służyć jako latarka, a dzięki wbudowanemu GPSowi nigdy się nie zgubimy. Uff, to już wszystko, prawda? Oczywiście, że nie. Możemy pisać dokumenty, edytować zdjęcia, grać w gry... to po prostu ostateczne osiągnięcie w dziedzinie informatyki, sprzęt, który może wszystko. I to każdy, każdy smartfon bez wyjątku, nawet najgorszy szrotowy Android z gumoplastu za trzy miliardy dolarów Zimbabwe.**

Mogłoby się więc wydawać, że sprzęt, który daje człowiekowi praktycznie nadnaturalną moc, będzie też odpowiednio traktowany. Z podziwem i rozdziawioną szczęką. Z wdzięcznością za możliwości, o których nasi przodkowie nawet nie wiedzieli że można marzyć. Czy tak właśnie jest? A gdzie tam. Wpieprzamy go do torby razem z kluczami i scyzorykiem, wypada nam z dziurawych łap na beton i ogarnia nas święte oburzenie, gdy każe nam czekać dwie sekundy na dostęp do łączności z naszym znajomym zza oceanu. Jak on śmie tak wolno działać, cholerny beznadziejny szmelc!

Sam tak robię. Czasami jednak, zanim wściekniemy się, że apka się wolno uruchamia, warto się zatrzymać - za to małe ustrojstwo, które może już trochę nie nadąża, jeszcze dwadzieścia lat temu ludzie by się dali pokroić. Może warto trochę bardziej na nie uważać, żebyśmy mogli się dłużej cieszyć naszymi supermocami? Tak samo z innym sprzętami, które bierzemy za pewnik - samochody, czajniki elektryczne, odkurzacze. Warto wyobrazić sobie, jak nasze życie wyglądało by bez nich. Inne zwierzęta mają kły, rogi, wielkie sękate łapska, albo żądła - człowiek nie ma nic, jest wyjątkowy tylko dlatego, że tworzy narzędzia. Bez naszych gratów jesteśmy niczym - tylko małą trzęsącą się nieowłosioną galaretą, która padłaby ofiarą pierwszego lepszego drapieżnika. A jednak traktujemy nasze narzędzia jak gówno, zupełnie jakby były czymś oczywistym. Może tak trochę o nie zadbać, wyczyścić, może bardziej je szanować, może nie wyrzucać non-stop i nie wymieniać na nowe różniące się kolorkiem obudowy? Może pomyśleć, jak bardzo jesteśmy od nich zależni i podziękować za wierną służbę?

Znaczy to ostatnie to taka przenośnia, nie gadajcie do swoich żelazek, przynajmniej nie przy innych ludziach.

* Cholera, to też brzmi dwuznacznie, ale co ja poradzę.
** W 2008 jeden dolar amerykański był wart 70 miliardów dolarów Zimbabwe. Czytałem o tym dlatego, że spadówa.

środa, 10 maja 2017

Leniwiec

Ło mamusiu, ale się zapuściłem z pisaniem notek! Cóż, lepiej późno niż jeszcze później, więc niniejszym informuję, że dojrzałem do dalszego pozbywania się urządzeń elektronicznych z mojego życia. Właśnie wystawiłem na allegro wszystkie redundantne tablety (poza tym windowsowym, który nie daje się zresetować - muszę go w końcu oddać jakimś magikom, może oni pomogą) i wszystkie telefony poza Xiaomi (i dziadowską "deweloperską" lumią 435 - obiecałem Najlepszej Żonie, że napiszę jej grę na komórkę i ta lumia potrzebna mi jest jako królik doświadczalny).

W przyszłości zapewne będziemy chcieli kupić dodatkowy tablet "podróżny", ale będzie to raczej jakiś w miarę niedrogi Android z GPSem, żeby można było go bez większej nabożności rypnąć do plecaka i tarabanić wszędzie ze sobą. Ale to jeszcze pieśń przyszłości.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Kurde

Dzisiaj dzień mało wenowy. Miałem zaplanowany artykuł, ale jakoś nie chce się przepierdaczyć z mojego łba na telewizorek.

Zamiast wynurzeń udających mądre wywody będzie więc mały apdejt. Napisałem klona kaboom w game makerze, i gra ma wszystko zaimplementowane, ale trochę ją zarzuciłem. Zastanawiam się za co się teraz zabrać. Chyba chciałbym coś odrobinę bardziej ambitnego.

Ostatnio znowu przechodzę Mass Effect, i chociaż robię to głównie dlatego, że to moja ulubiona gra, to staram się też zwracać uwagę na różne "dizajn desiżyns". Jakoś robię to bardziej świadomie. Jasny perunie, jakie to jeżdżenie Mako jest jednak parszywe!

Co do zlewu, w miarę się trzyma. Ostatnio zrobiliśmy z Najlepszą Żoną(TM) czystkę w kasetach - bo już nawet nie mamy ich na czym odtwarzać. Zostawiliśmy tylko kilkanaście najbardziej sentymentalnych, a reszta - sru. Podobnie się stało z płytami. Nie pamiętam kiedy ostatnio płyt słuchałem - to ciekawe, że człowiek się nagle budzi i orientuje, że ma w domu jakieś rzeczy, których nie używał od stu lat, ale z jakiejś nieokreślonej przyczyny nadal je trzyma.

W każdym razie miejsca w domu zamiast (jak kiedyś) ubywać, przybywa. Hura dla nas!

wtorek, 18 kwietnia 2017

Poświątecznie

Święta rozbiły mój rytm blogowania - nie byłem w pracy i w ogóle zapomniałem o pisaniu. Ale kretyńsko.

W każdym razie po drobnym przemyśleniu zdecydowałem się zmienić trochę system, bo jak będę dalej próbował pięć razy w tygodniu skrobać, to się szybko wypalę. Będę więc niniejszym pisał dwa razy w tygodniu - we wtorek (tak jak dzisiaj) w miarę składnie i merytorycznie, i w piątek - nieskładnie i niemerytorycznie.

W święta przemeblowaliśmy z Najlepszą Żoną(TM) nasz duży pokój, w wyniku czego zyskał nowe życie. Teraz zamiast "dwóch w jednym" jest aż trzy: "gabinet", czyli część odgrodzona biurkiem i otoczona regałami z książkami, gdzie można siedzieć, jeżeli chce się wyglądać mądrze, "jadalnia", gdzie można siedzieć przy stole i jeść bądź prowadzić jakieś inne dłubanie, oraz "mostek kapitański", gdzie można siedzieć na kanapie i oglądać Star Treka, rypać na konsolach, czytać bądź wykonywać dowolne inne czilałtowe czynności.

Przy okazji podstępnie podpuściłem Najlepszą Żonę(TM) żeby przeczytała książkę Leo Babauty i w ten sposób również zaraziłem ją minimalizmem - teraz minimalizujemy radośnie razem.

A jeżeli chodzi o gry - zacząłem pisać kolejną, tym razem klon jednego starocia z Atari 2600. Wrzucę w piątek.

środa, 12 kwietnia 2017

Leo Babauta

Dzisiaj post z cyklu Maciej Poleca. 

Ponieważ mam abonament w Legimi, gdy zainteresowałem się minimalizmem postanowiłem poszukać czy mają jakieś książki na ten temat. Jednym z wyników, które wyskoczyły, była pozycja pt. "Minimalizm. Żyj zgodnie z filozofią minimalistyczną." niejakiego Leo Babauty. Później dowiedziałem się, że to autor jednego z najpopularniejszych blogów na świecie, Zen Habits, a także strony mnmlist.com

Polecam zarówno książkę, jak i blogi (głównie ten drugi, "mnmlist"). Chociaż gość czasami trochę uprawia sztukę dla sztuki i bywa ekstremalny w swoim ograniczaniu wszystkiego, jego książka jest zwięzła, dobrze napisana i zawiera dużo ciekawych przemyśleń. Znowu: nie należy tego wszystkiego traktować jak dogmaty, tylko jako bodziec do zastanowienia się nad swoją własną egzystencją i nad tym, co jest dla nas istotne. 

Zrobiło się tak górnolotnie, że zęby bolą, więc na rozładowanie napięcia zdjęcie mojej kotki w pudełku.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Wyrzyg zwany free to play

Skoro już w tematyce gier jesteśmy, pomówmy o najgorszej rzeczy, jaka kiedykolwiek przytrafiła się branży gier, gorszej niż Duke Nukem Forever, gorszej nawet niż konwersja Pac Mana na Atari 2600, to znaczy modelowi free to play i towarzyszącym mu mikropłatnościach.

Free to play to najbardziej wyrzygowy pomysł, jaki można sobie wyobrazić. Na pierwszy rzut oka, zupełnie jak w przypadku komunizmu, wygląda pięknie. Firma udostępnia grę za darmo, tak aby wszyscy mogli pograć, ale oferuje drobne zakupy wewnątrz gier dla osób, które chciałyby wesprzeć ich dalsze starania. Wszyscy się kochają, dzielą, przytulają i tańczą wokół ogniska śpiewając "kumbaya".

Rzeczywistość jednak, jak to często bywa, wygląda inaczej. Wszyscy słyszeliśmy opowieści o grubych tysiącach dolarów wypieprzonych przez jakichś wybitnych specjalistów od zarządzania własnymi finansami na nieistniejące przedmioty, diamenciki i inne wirtualne gówna. No ale w sumie co nas to obchodzi? Przecież to ich sprawa, jeżeli chcą wywalać grubą kasę w błoto, to kto im zabroni?

Kurde, powinno nas to obchodzić. Oczywiście, nic nowego tu nie mówię, większość osób będących przy zdrowych zmysłach narzeka, że free to play niszczy rynek, zwłaszcza w przypadku gier mobilnych, ale z minimalistycznego punktu widzenia wygląda to jeszcze gorzej.

Z minimalistycznego punktu widzenia, gry free to play to nie są gry. To systemy do ekstrakcji pieniędzy. To absolutne apogeum rozdętego konsumpcjonizmu. Powstają one przy współpracy psychologów i ekonomistów i mają na celu zatrzymanie człowieka jak najdłużej przed ekranem, i wyciągnięcie od niego najwięcej pieniędzy jak tylko się da. A ponieważ są za darmo, to można je ściągać dziesiątkami i zagracać swoje komputery. Oczywiście, wszystkie chcą wysyłać powiadomienia i nasze telefony ryczą co 5 minut, że o matko, musisz się zalogować bo ci zjemy bazę, za którą zapłaciłeś grube pieniądze. Haha, frajerze, płać więcej.

W grach free to play tak naprawdę nie ma żadnej gry - po prostu klikamy po kolei przyciski, które gra nam każe i czekamy na zapełnienie się pasków postępu. Drobne skoki dopaminy towarzyszące zakończeniu tego zapełniania się i wybuchającym gwiazdeczkom utrzymują nas przed telewizorkiem. Kilka godzin później budzimy się z tego z pytaniem "co się właściwie stało" i poczuciem zmarnowanego czasu. Ale haj dopaminowy jest na tyle pociągający, że wracamy. W końcu trafiamy na paywalla, albo zbudowanie najmniejszego budynku trwa trzy tygodnie - i jeżeli producent maszyny do ekstrakcji pieniędzy już nas odpowiednio urobił, to zapłacimy.

Jak dla mnie ludzie, którzy robią takie "gry" powinni natychmiast dostać dożywocie w pierdlu o zaostrzonym rygorze. Z codziennym batożeniem. To jest niemoralne, nieetyczne, to po prostu wielki strzał w ryj i podeptanie dla całej kultury grania elektronicznego jako takiej. A najgorsze, że będzie ich coraz więcej, bo te pieprzone maszynki do ekstrakcji żerują na ludzkich instynktach i po prostu działają - zarabiają mnóstwo pieniędzy.

Trzeba oczywiście wspomnieć, że istnieją w tym cuchnącym bagnie małe kałuże czystej wody. W sklepie Path of Exile są naprawdę tylko przedmioty kosmetyczne. W samej grze nawet nie ma żadnych wyskakujących okienek typu "mało życia? szybko, wywalaj kasę na hiling połszyny!" Z kolei Battle of Polytopia, moja ulubiona gra mobilna, która jest strategią 4x do ukończenia w pół godziny, daje cztery frakcje za darmo i pozwala na dokupienie nowych po dolarze za sztukę. Przypomina to trochę po prostu kupowanie "expansion setów". Te darmowe cztery frakcje jednak wystarczają na zagrywanie się do absolutnego obrzydzenia. Kupiłem jedną dodatkową tylko dlatego, że strasznie lubię tę grę i chciałem wesprzeć twórcę. Czym się charakteryzują te produkcje? Ano tym, że jest tam przede wszystkim GRA. Gra, to znaczy system zasad, który stawia przed nami określony cel i przeszkody na drodze do jego osiągnięcia, wymagające zastosowania naszego mózgu lub zręczności, lub jednego i drugiego.

W takich parszywych abominacjach jak mobile strike, aka gubernator Kalifornii potrzebował pieniążka, czy game of war, aka cycki Kate Upton, są systemy, w których przeszkody pokonać możemy wyłącznie za pomocą naszego portfela. Żadnego wysiłku mózgowego, nic. Jak je odrzeć z całego lukru, to pozostanie tylko gigantyczny pasek postępu, który co jakiś czas krzyczy "wrzuć monetę". Tfu!

O ileż lepiej jest znaleźć ciekawą grę jakiegoś niezależnego twórcy, zapłacić mu te 10 czy 20 dolarów czy ile tam chce i cieszyć się kompletną grą, która daje mnóstwo satysfakcji i przy tym być może jeszcze coś sobą wyraża! Dzięki Internetom i platformom takim, jak Steam, Desura, GOG czy itch.io mamy łatwy dostęp do praktycznie nieograniczej liczby produkcji ze wszystkich możliwych gatunków. Może więc mały czelendż? Wyjebcie ze swojego komputera/tabletu/telefonu wszystkie "darmowe" gówna, a zainstalujcie jednego dobrego indyka. Co za ulga! I przy okazji mniej syfu na pulpicie! 

A co do dostępu do nieograniczonej ilości produkcji - to jest niestety miecz obosieczny. Ale ten wpis już i tak jest za długi, więc poględzę o tym kolejnym razem, gdy zdradzę wam tajniki mojej biblioteki Steam (hint: jest rozdęta jak nieszczęście).

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Gra nabiera kształtu

W sobotę porządnie przysiadłem i w rezultacie moja żenująca gra przyjęła postać prawie gotową. Prawie wszystko jest zaimplementowane - punkty, życia, przelatujące ufo, odgłosy, eksplozje, rosnący poziom trudności i w ogóle. 

Jestem z siebie nielicho dumny. To więcej niż mi się udało osiągnąć chyba od 20 lat. Jeszcze trochę plejtestowania i do czwartku będzie gotowe! Jeszcze nie wiem co zrobię jako następne, ale chyba kolejną prostacką gierkę a'la Atari 2600, żeby nabrać rozpędu. Może coś w stylu River Raid?

czwartek, 6 kwietnia 2017

Rezultat czelendża

Za dużo do pokazania nie ma, ale jest COKOLWIEK.

Link do pliku na moim gugieldrajwie

Powyżej można pobrać plik instalacyjny do bardzo parszywego prototypu nędznego klona space invaders. Póki co można przemieszczać stateczek, strzelać laserkami i niszczyć ufoki, które koślawo łażą od jednej strony ekranu do drugiej i w dół. Po zniszczeniu ostatniego ufoka pojawia się nowa fala, ale jeszcze nie można zginąć ani przegrać, gdy ufoki dotrą na sam dół.

Jednak na ekranie coś się rusza, jest jakaś interakcja i jakiś cel. To więcej niż zrobiłem przez ostatnie 10 lat.

Za tydzień ma być w pełni funkcjonalny prototyp - punkty, życia, gejmołwer skrin, strzelający obcy, może jakaś muzyczka. Może nie będzie wszystko dopięte na ostatni guzik, ale ma działać.

Z innych rzeczy, to wczoraj tak się zakopałem w programowaniu, że ucierpiał trochę zlew. Na szczęście dzisiaj rano doprowadziłem go do stanu odpowiedniego.

środa, 5 kwietnia 2017

Game Maker!

Zdecydowałem się na Game Makera z kilku powodów:

- Dziabnąłem go kiedyś na humble bundle z kilkoma modułami do eksportu na różne platformy.

- Ma dobry edytor wizualny i prosty, a skuteczny język skryptowy.

- Nie ma irytującego programowania blokowego jak stencyl (nie mogę go zdzierżyć!)

- Istnieją bimbaliardy tutoriali i poradników, bo to bardzo popularny program.

Co prawda nie jest darmowy ani open source, ale i tak już go mam. Wiadomo, wyszła nowa wersja, ale stara przecież nadal działa. Jeżeli będę chciał czegoś więcej, to się zacznę zastanawiać. Na razie spokojnie mi to wystarczy.

Kończę darmowy kurs Bena Andersona (heartbeast na youtube) i zamierzam dzisiaj coś sklecić. Będzie to coś absolutnie prostackiego i dziadowskiego, ale będzie i wrzucę to w internety jako dowód. Howgh!

wtorek, 4 kwietnia 2017

Przypowieść o odkurzaczu

Podczas odkurzania czasami człowieka łapią różne dziwne przemyślenia. Wczoraj wieczorem ich przedmiotem był u mnie sam odkurzacz. Moim zdaniem powinniśmy traktować wszystkie urządzenia elektryczne i elektroniczne tak, jak traktujemy odkurzacz. 

Zanim zamkniecie okno przeglądarki kręcąc głową i myśląc "do reszty ocipiał", wysłuchajcie mojego kazania.

Mój odkurzacz to chyba jakiś Electrolux, w każdym razie taka wersja ultra cicha. Faktycznie jest znacznie mniej natarczywy, niż większość innych. Ma długi kabel i jedną dodatkową, dwustronną rozkładaną końcówkę. Używam go od jakichś 6 lat i jestem z niego bardzo zadowolony. Co z tego, zapytacie?

Większość ludzi chce mieć dobry odkurzacz, żeby zżerał kurz jak najefektywniej. Ale jakoś nikt nie biega i nie krzyczy "kurde, mój odkurzacz ma już rok, jest przedatowany! A ten nowy to zasysa o 30% lepiej, muszę go mieć!" Nie ma firm, które próbują wciskać gówniane odkurzacze w zawyżonej cenie, żerując na swoich fanbojach, którzy muszą koniecznie mieć przylepione jakieś logo. Nie ma reklam, w których gołe baby owijają się rurami i smyrają ssawki, a wielkie markety elektroniczne nie ryczą na nas "wyjeb swój stary (roczny) odkurzacz i kup taki sam, lecz nowy!". 

I wszyscy są zadowoleni - firmy nadal produkują odkurzacze, a ludzie je kupują, używają ich i najczęściej naprawiają do momentu, gdy się już nie da, a potem kupują nowe. Odkurzacz to tylko przedmiot - dobrze mieć porządny, ale nie jest to coś, od czego doznamy jakiejś dzikiej ekstazy. Tak samo jest z każdym innym przedmiotem. Dlatego postuluję: traktujmy wszystkie nasze sprzęty jak odkurzacz. Ja sobie zamierzam o tym przypominać za każdym razem, gdy złapie mnie żądza kupienia jakiegoś gadżetu.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Wybór silnika

W weekend byłem na działce, więc za dużo nie robiłem pod kątem projektowania gier - na działkę wyjeżdża się po to, żeby słuchać ptaszków i uśmiechać się do drzew, a nie siedzieć w komputerach.

Jednak poczyniłem wcześniej pewne kroki - zacząłem zgłębiać Godot Engine. I to wszystko do czego stosowałem Internet w domu - czelendż działa! Trochę się zniechęciłem na początku, myślałem czy nie przerzucić się chwilowo na game makera, bo prostszy (no i capnąłem ładny zestaw jakiś czas temu na humble bundle), ale myślę, żeby dalej w niego brnąć - bo darmowy, open source i mocno przypomina unity. Z drugiej strony do game makera jest o wiele więcej materiałów i tutoriali - znowu się zaczynam zapętlać. Zobaczymy jak to wyjdzie.

Poza tym - blog istnieje już od ponad miesiąca, a ja nadal nie kupiłem żadnego gadżetu. Hura dla mnie!

piątek, 31 marca 2017

Piątkowe pierdągi


Dzisiaj zdjęcie takiego oto Konara(TM) wykonane przeze mnie i Najlepszą Żonę(TM) podczas dyrdania na rowerze po Kampinosie:


Dyrdanie na rowerze po Kampinosie, najlepiej z Najlepszą Żoną(TM), jest jednym z moich ulubionych zajęć, które odkryłem dopiero po wychyleniu głowy z matriksa. Niestety, po ostatnim ofrołdzie złapałem gumę i opona była do wymiany. Dzisiaj odbieram koło z warsztatu.

Myślę, że rower jako największy wynalazek ludzkości zasługuje na osobny wpis. Były już wpisy na innych blogach, ale pieśni pochwalnych na cześć roweru nigdy za mało. Na razie jednak musi wam wystarczyć Konar(TM).

czwartek, 30 marca 2017

Czelendż apdejt

Pierwszy dzień czelendża udany. Nie odpaliłem wczoraj żadnych internetów ani razu, za to dokończyłem książkę i pograłem na Xpudle. Udało się też utrzymać porządek w kuchni i na biurku. Dzisiaj korzystałem z iPada, ale tylko dlatego, że mam tam podpięte legimi bez limitu i używałem go tylko do czytania.

Po kilku przemyśleniach pozwolę sobie jeszcze dołączyć kilka wyjątków: będą to filmy instruktażowe na youtube dotyczące roweru albo programowania. Jedną z rzeczy, które już wiele razy zaczynałem, a nigdy nie kończyłem, jest nauczenie się jakiegoś współczesnego frameworku do programowania gier. Najgorsze jest to, że kiedyś już pisałem gry - proste, bo proste, ale jednak, a teraz jakoś nie mogę przejść przez etap absolutnie wstępny i przez wybór, który jest za duży. Miotam się pomiędzy różnymi opcjami nie mogąc się zdecydować, która lepsza.

Oto kolejne postanowienie: dziś wybiorę jakiś język/framework, koniecznie darmowy i najlepiej open source, i skupię się wyłącznie na nim, wszystkie inne olewając. W ciągu najbliższego tygodnia nauczę się podstaw i napiszę w nim jakąś bardzo prostą grę - jakiś klon czegoś typu breakout albo kaboom. Wszystko jedno na jaką platformę, ale pewnie docelowo będę chciał (tfu!) targetować urządzenia mobilne - jakoś lubię grać na tablecikach i komóreczkach. W każdym razie ten pierdół, który zamierzam wysmażyć, zamieszczę do pobrania na łamach mojego bloga. Howgh!

środa, 29 marca 2017

Czelendż akseptyd

Wczoraj podjęliśmy z Najlepszą Żoną(TM) mały "czelendż", ponieważ obydwoje chcemy ograniczyć spożywanie przez nas różnych nie do końca korzystnych artykułów (w jej przypadku są to lody, w moim - piwo). Uzgodniliśmy, że nie będziemy jeść żadnych słodyczy, lodów, piwa, chipsów, fast foodów etc. - za wyjątkiem wtorków, kiedy to jest dypensa na wszystko co tylko się da. Później może przerzucimy się na raz w miesiącu.

Z kolei ja postanowiłem się przytłoczyć jeszcze jednym czelendżem. Chociaż właściwie trudno tu mówić o przytłaczaniu, bo ja jestem trochę nienormalny i mi takie zabawy sprawiają radość. W każdym razie postanowiłem, że Internetów i tak mam dość w pracy, a nie chcę w domu mitrężyć jeszcze czasu na youtube, i w związku z tym od teraz w domu jedynymi urządzeniami komputerowymi, jakich będę używać, będą konsole, których nie mam jak podłączyć do netu. Oczywiście będą wyjątki - np. gdy trzeba sprawdzić drogę na mapie albo skomunikować się na messengerze z moją grupą RPGową itepe. Ile to potrwa? Nie wiem, na razie powiedzmy że miesiąc, potem się zobaczy.

Brzmi kretyńsko - ograniczać Internet, żeby mieć czas na granie na konsoli. Ale zauważyłem, że spędzam strasznie dużo czasu czytając o grach i szukając nowych, a bardzo mało grając. Co jest kompletnie bezsensowne. O grach jeszcze będą wpisy, bo to temat bardzo mi bliski.

W każdym razie teraz Internety już wiedzą o naszych czelendżach i będzie trudniej w nich oszukiwać. A przynajmniej taką mam nadzieję.

wtorek, 28 marca 2017

Maciej Poleca: David Cain i Raptitude

David Cain jest jednym z moich ulubionych blogerów, od jego wytworu pt. "Raptitude" zaczęło się u mnie wychodzenie z matriksa. Gość pisze ogólnie lajfstajlowo, choć wiele z jego przemyśleń niejako zakrzywia się w stronę tzw. "prostego życia", które teraz nazywamy bardziej hipstersko - minimalizmem.

Najbardziej u niego lubię to, że nie jest pretensjonalny, nie dorabia żadnych kosmicznych ideologii i nawet jego najbardziej szalone posty to w zasadzie tylko eksperymenty myślowe, takie "hacki" dla mózgu, żeby przestawić sposób patrzenia na niektóre rzeczy. Facet po prostu stąpa twardo nogami po ziemi, i w jego wydaniu takie rzeczy jak "mindfulness" (u nas to się chyba nazywa "uważność"), medytacja itepe to po prostu narzędzia, które można wykorzystać do poprawy jakości swojego życia, a nie jakieś "mambo dżambo", które sprawi, że poczujemy energię wszechświata.

Rzućcie okiem. Jest spora szansa, że znajdziecie tam coś, co do was trafi.


poniedziałek, 27 marca 2017

Jak kapitan Picard

Star Trek TNG to mój ulubiony serial wszechczasów, a kapitan Picard to mój idol. Śmiejcie się ile chcecie, ale wyjątkowo w tym momencie jestem śmiertelnie poważny.

Wizja przyszłości w ST bardzo na mnie działa. Nie chodzi o spotykanie obcych z różnymi bruzdami na czole, ale o to, że jest to przyszłość, w której ludzie nie muszą się już martwić o potrzeby materialne, wyzbyli się konsumpcjonizmu i pracują nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą i mogą. I to jest istota tego, co niektórzy nazywają "minimalizmem", inni "prostym życiem", a co tak naprawdę powinno nazywać się "nie marnowaniem swojego życia na pierdoły".

Więc tak. Jak będę duży, to będę jak kapitan Picard. Na początek pewnie wyłysieję, ale kto wie - może za mojego życia naukowcy zatrzymają proces starzenia i za tysiąc lat zostanę kapitanem statku kosmicznego. Jak już mierzyć, to kurde wysoko!

piątek, 24 marca 2017

Czyszczenie skrzynki mailowej

Burdel w skrzynce mailowej to chyba u większości norma. Kiedyś byłem przekonany, że inaczej się nie da. Pamiętam, że w zamierzchłych początkach mojej przygody z Internetem w skrzynce miałem jaki-taki ład, ale wraz z ekspansją newsletterów, reklam gównianych kredytów i spamu oraz szaloną potrzebą posiadania więcej niż jednej skrzynki mailowej (w porywach miałem cztery) przestałem to kontrolować. Potem to już było za późno - zalegające w "odebranych" maile można było liczyć w tysiącach i perspektywa zrobienia porządku w tym pierdzielniku mroziła krew w żyłach. Wystarczy sobie jednak zadać proste pytanie - kiedy ostatnio potrzebowałem coś tam znaleźć? Wówczas metoda zrobienia porządku w mailach okazuje się bardzo prosta, a podsumuję ją w poniższym poradniku. Oto więc "Minimalistyczny Poradnik Macieja #2: Porządek w skrzynce mailowej".

1) Znajdź maile z polisą ubezpieczeniową samochodu, jakimiś ważnymi dokumentami itepe i wrzuć je do jakiegoś folderu typu "archiwum".

2) Wszystko inne won.

Prawda, że proste? Zrobiłem to już parę tygodni temu i przysięgam, że ani razu nie brakowało mi żadnego ze starych maili. Teraz jednak przychodzi trudniejsze zadanie: jak utrzymać ten porządek? Oto więc "Minimalistyczny Poradnik Macieja #3: Dostałem maila - co teraz?" Jedziemy:

1) Czy to od kogoś znajomego? Jeżeli tak, przeczytać. Jeżeli trzeba, odpisać. Jeżeli to potrzebne, zarchiwizować. Jeżeli nie - wypieprzyć od razu.

2) Czy to coś istotnego? Rachunek za telefon? Jakaś umowa? Zapłacić rachunek/pobrać umowę/odpisać, następnie zarchiwizować/wypieprzyć.

3) Czy to newsletter, którego nigdy nie czytasz? Kliknąć "unsubscribe". Wypieprzyć.

4) Czy to newsletter, który czytasz? Przeczytać. Wypieprzyć.

5) Czy to reklama? Spam? Wypieprzyć bez czytania.

6) Raz na tydzień przeglądać archiwum. Wypieprzyć to, co już nie jest potrzebne. 

Samo wypisanie się ze zbędnych newsletterów zmniejszyło liczbę przychodzących do mnie maili o jakieś 90%. Teraz za każdym razem, kiedy się loguję, witają mnie 1-2 wiadomości albo radosny napis "nie masz żadnych wiadomości". Polecam!

czwartek, 23 marca 2017

Konsumpcja treści jego mać

Dzisiaj będzie wpis z cyklu "ględzenia sfrustrowanego dziada". Jeżeli będzie nie do zniesienia, prosimy o wyłączenie odbiorników.

Strasznie mnie wpienia wszelka korpo-zagramaniczna nowomowa. Jak słyszę, że dedykowane rozwiązanie, orientacja na cele, projekty i inne takie, to zaczynam warczeć, buchać parą z uszu i wygrażać pięściami.

Jednak najbardziej znienawidzonym przeze mnie terminem, który przyprawia mnie o atak padaczki, jest "konsumpcja treści". Ja nie konsumuję żadnych cholernych treści jego mać! Ja coś czytam, albo oglądam, przy czym jak oglądam, to film, a nie treści cholera jasna! Mój kot jak sobie rzygnie to czasami ma ciągoty, żeby konsumować treści, ale na szczęście zwykle zdążę je sprzątnąć!

No, ulżyło mi.

środa, 22 marca 2017

Klasyfikacja kawy

Pita przeze mnie kawa dzieli się na dwa typy, przygotowywane i spożywane w odmienny sposób. Typy te zostały usystematyzowane przez mojego brata Łukasza, która to systematyka jest aktualna po dziś dzień.

Kawsko przygotowywane jest poprzez szczodre sypnięcie kawą rozpuszczalną i cukrem do kubasa (wyróżniamy dwa rozmiary kubasa: wielki i w cholerę ogromny, wymagające odpowiednio dwóch lub trzech łyżeczek kawy/cukru), a następnie zalanie do połowy wrzątkiem i od połowy mlekiem. Kawsko się żłopie.

Kawunia powstaje z użyciem ekspresu i jest nalewana do filiżanki (wyróżniamy dwa rozmiary filiżanek: maleńkie i małe). Spożywana jest najczęściej bez żadnych dodatków, na czarno. Kawunię się sączy.

Praktycznie nigdy nie piję kawy, żeby się "obudzić" albo dać sobie "kopa". Jest to dla mnie raczej taki codzienny rytuał, jedna z małych rzeczy, z których czerpię zadowolenie i energię na resztę dnia. Rano zawsze żłopię kawsko z kubasa, najczęściej siedząc na kanapie i smyrając telewizorek tabletu. Po powrocie z fabryki azbestu najczęściej żłopię drugie kawsko, ew. sączę kawunię. Czasami do żłopania/sączenia przyłącza się Najlepsza Żona(TM).

Jeszcze wyższym stopniem kaw-fu jest sączenie/żłopanie w wannie z bąbelkami. Ale to tylko dla zaawansowanych.

wtorek, 21 marca 2017

Kot jako droga do szczęśliwości

Nigdy nie chciałem mieć kota. Na szczęście, Najlepsza Żona(TM) w swojej niezmierzonej mądrości przekonała mnie, żeby dać futrzakom szansę.

Teraz z całą mocą twierdzę, że nasza kotka Tesla jest najlepszym psychoterapeutą, jakiego można mieć. Kiedy wstaję rano i człapię do kuchni szukać kawy i mózgów, a potem uwalam się na fotel i myślę co tu zrobić, żeby się nie rozsypać od razu, Tesla na mnie włazi i zaczyna mruczeć. Koty mruczą, jak jest im dobrze, ale też w innych sytuacjach - mruczenie je uspokaja i działa przeciwbólowo. I to też działa na ludzi - kiedy kot na mnie siedzi i mruczy, od razu jestem spokojniejszy i bardziej optymistycznie nastawiony do życia. Można powiedzieć, że to taka autonomiczna poduszka medytacyjna.

To gówno prawda, że koty są takie "niezależne" i że "nie przywiązują się tak jak psy". Gdy ja i Najlepsza Żona(TM) wstajemy rano razem, Tesla podchodzi do każdego z nas i się chwilę ociera, ew. jak ma chwilę czasu przed spaniem, to włazi na każde z nas i mruczy przez jakąś minutę. Nasza druga kotka, która w książeczce zdrowia ma wpisane "Gryzinoga", a którą roboczo nazywamy Pimpusiem... aaa, mężczyźnie nie przystoi wymawiać słowa Pimpuś, nie jestem już twardy! Muszę odbudować swój imydż twardziela! Dupa, dupa, dupa, dupa, cycki! ...no więc nasza druga kotka cieszy się jak dzika jak wracamy do domu, niemalże lata w powietrzu, a jak wychodzimy to siedzi wpatrzona w drzwi i żałośnie piszczy. Jak to nie jest przywiązanie, to ja nie wiem co nim jest. A mówiłem już, że aportuje piłeczki?

W każdym razie botomlajn jest taki, że przygarnięcie kota powoduje gigantyczny przyrost zadowolenia z życia. No chyba, że ktoś jest uczulony. Wtedy przesrane.

poniedziałek, 20 marca 2017

Nudzenie o sztucznych potrzebach

W którymś wpisie napisałem "ach, sztuczne potrzeby, jeszcze do was wrócimy". Jak teraz to czytam, to brzmi jak to pretensjonalne filozowanie, od którego miałem się powstrzymać. No ale dobra, każdy bloger minimalistyczny o tym pisze, to ja też muszę, bo inaczej nie będę koszer. Zwięźle - korporacje tworzą sztuczne potrzeby, którym później wychodzą naprzeciw wciskając nam swoje gówno. Nikt nie potrzebował jakiejś rzeczy, dopóki nie znalazł się jeden z drugim, którzy skutecznie wmawiają ludziom, że muszą coś tam mieć.

Niby wszyscy to wiedzą, ale warto czasami przeczytać czarno na białym i pomyśleć - wychodzi, że większość rzeczy, których "potrzebujemy", tak naprawdę tylko chcemy. Ale reklamy zewsząd trują nam dupę na tyle skutecznie, że tego nie zauważamy. Wydaje nam się, że nasza dupa jest odporna na truciznę, ale to guzik prawda. Każda dupa jest zatruta.

Jak sobie z tym radzić? Najlepiej połknąć czerwoną pigułkę i porządnie się zastanowić nad tym, czego naprawdę "potrzebujemy". Żarcie? Potrzebne. Inni ludzie? Potrzebni. Smartfon? Niepotrzebny. Przydatny - ale zupełnie niepotrzebny. Telewizja kablowa? Niepotrzebna i nieprzydatna. Nowy samochód co kilka lat? W cholerę niepotrzebny!

Dla potrzeb tego ględzenia stworzę sobie wyimaginowanego przyjaciela - załóżmy, że kiedy podjąłem decyzję o zatoczeniu się w stronę minimalizmu, moje dotychczasowe niepohamowane gadżeciarstwo zestaliło się i sformowało byt, któremu nadam imię "Brajan". Brajan siedzi non stop w necie, niczego nigdy nie kończy i ślini się na lewą stronę.

- Jak to smartfon niepotrzebny?! - ryknie więc Brajan - a co jak ktoś musi się ze mną skontaktować TERAZ ZARAZ?! A co jak muszę coś sprawdzić w necie TERAZ ZARAZ?!

Oto wielka tajemnica wszechświata: istniał on również przed telefonami komórkowymi. Nic się nie stanie, jeżeli odbierzemy jakąś wiadomość chwilę później. Owszem, jej nadawca może się wkurzyć, ale przeżyje. The Minimalists trochę mnie irytują, bo bywają okropnie nadęci, ale w jednym artykule dobrze to podsumowali: w naprawdę poważnych sytuacjach nie dzwoni się do znajomego, tylko pod 999. Inne rzeczy mogą spokojnie poczekać. A jeśli chodzi o net w komórce - owszem, wygodnie jest coś sprawdzić, ale przecież bez tego świat się nie zawali. Można spokojnie poczekać do powrotu do domu. Co jeśli zapomnimy co chcieliśmy sprawdzić? Cóż, widocznie nie było to specjalnie istotne. Zaoszczędziliśmy w ten sposób chwilę cennego wolnego czasu.

Brajan jednak nie ustępuje.

- Telewizja niepotrzebna?! Co on z byka spadł?! Przecież trzeba wiedzieć, co się na świecie dzieje! Ważne informacje! Okno na świat!

Jeżeli jest jedna rzecz, w której cała blogosfera szczęściowo-hipstersko-lajfstajlowa się zgadza, to jest to przekonanie, że telewizję najlepiej wypieprzyć ze swojego życia i nigdy do niej nie wracać. Telewizja to tak naprawdę reklamy przerywane pierdołami, które mają przykuć nas do ekranu, żebyśmy zobaczyli więcej reklam. Tak wiem, seriale są fajne, sam uwielbiam Star Treka, ale seriale teraz uciekają z telewizji i przenoszą się do Internetów - i bardzo dobrze. A programy informacyjne - które koniecznie trzeba oglądać, bo być dobrze poinformowanym to obowiązek - tak naprawdę o niczym nie informują. Straszą tylko sensacjami, a to że zabił, a to że ukradli, a to że wybuchło, dając nam fałszywe poczucie "bycia poinformowanym". Jedyne co z tego mamy, to stres i wściekłość. Najlepiej to opisali Leo Babauta w swoich Zen Habits oraz mój idol Mr Money Mustache

Ja w sumie nie powinienem się wypowiadać za gęsto, bo nie oglądam od 15 lat, podobnie jak moja Najlepsza Żona(TM). Ale mogę powiedzieć jedno - gdy widzicie w telewizorku reportaż na temat czegoś, na czym się znacie, na 99% gadają takie pierdoły, że nóż się wam w kieszeni otwiera. Jak myślicie więc - na ile rzetelne są informacje na wszystkie inne tematy?

- A samochód to trzeba mieć nowy! - Brajan nadal nie daje za wygraną - No bo przecież mieć samochód to konieczność! Jak inaczej?

Wcale nie konieczność. Wygoda. Zanim mieliśmy samochód, jeździliśmy z Najlepszą Żoną(TM) do Ikei autobusem, i przywoziliśmy stamtąd meble również autobusem. A nowy? Buahahaha, nowy samochód! Przecie jak się z salonu wyjedzie to on już jest dwa razy mniej wart! Nasz pierwszy samochód dostaliśmy od Najlepszego Teścia(TM). Był to kilkunastoletni Renault Clio. I wiecie co? Jeździł. Nawet nad morze nim pojechaliśmy. Jak się rozsypał, to apgrejdowaliśmy się do 8-letniego Clio. Przewiduję co najmniej 10 lat dalszej radosnej eksploatacji tego wehikułu, gdyż jest w świetnym stanie. A z naszą intensywnością użytkowania to pewnie i 20 lat pojeździ.

Żeby nie było - nikt nikomu nie każe nagle rzucić wszystkiego i wyjechać do San Escobar, mieszkać w lesie i żywić się jagódkami i energią kosmosu. W ogóle nikt nikomu nic nie każe. Warto jeno odróżnić prawdziwe potrzeby od zachcianek i ulegać tym ostatnim w bardziej świadomy i kontrolowany sposób. Tak, posiadanie iPada to zachcianka. Jednak jego posiadanie bardzo ułatwia mi życie - do większości zastosowań nie muszę już odpalać swojego głośnego jak lokomotywa desktopa, mogę sobie czytać, pisać, planować podróże i robić 99,9% rzeczy, do których stosujemy komputery bezgłośnie z poziomu kanapy, żłopiąc kawsko z wielkiego kubasa i uśmiechając się jak debil do kotów. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw - tablet z jabłkiem zostaje.
Natomiast kolejne iPady to już zachcianki bezsensowne, którym uległem niepotrzebnie. Nie wnoszą nic specjalnego do mojego życia. Jednego z nich używa moja Najlepsza Żona (TM), więc w ostatecznym rozrachunku jest w miarę użyteczny. Natomiast ten trzeci... powinienem się go pozbyć, ale jakoś nie mogę się z nim rozstać, mam słabość do takich staroci. Cóż, widać jeszcze przede mną długa droga. 

piątek, 17 marca 2017

czwartek, 16 marca 2017

Kindle

Dostałem Kindla (Paperwhite I) od mojej Najlepszej Żony(TM) na trzydzieste urodziny. Był to strzał nawet nie w dziesiątkę, wręcz w dwudziestkę. Najlepsza Żona(TM), znając moje preferencje, kupiła mi najlepszą możliwą wersję - Wielki Wódz już wtedy miał ciągoty w stronę minimalizmu i już instynktownie wyczuwał, że less is more, więc piękna czarna sztabka bez żadnych guzików na froncie, tylko z prostym napisem "kindle", z pełną obsługą dotykową, natychmiast zdobyła jego serce. Wielki Wódz chciałby też z dumą pochwalić się, że tylko raz miał ciągoty w stronę innego czytnika - gdy kupował abonament w Legimi, i to tylko dlatego, że Legimi niestety na Kindlu nie pójdzie. Wielki Wódz wszedł wówczas w posiadanie czytnika Inkbook Obsidian, który jest OK, ale koło Kindla nawet nie leżał. Zresztą już i tak nieszczęśliwie upadł i się potłukł. Na szczęście Wielki Wódz zadowolił się czytaniem na iPadzie.

Po co o tym pierdzielę? Ano po to, że mimo niewątpliwie minimalistycznego wyglądu Kindla, tego czym go napchałem minimalistycznym z pewnością nazwać nie było można. Podobnie jak smartfony, twarde dyski, pulpity i inne digitalne przestrzenie, pamięć czytnika e-booków jest podatna na jej zasrywanie śmieciami przez użytkownika. Dla bardzo sprawnych czytaczy po angielsku, takich jak niżej podpisany, problem jest jeszcze gorszy. Na Amazonie jest pierdyliard bimbalionów darmowych i ekstremalnie tanich książek. Ich jakość to zupełnie inny temat - niektóre są w porządku, inne do dupy, ale to nie ma znaczenia. Jest ich po prostu zatrzęsienie. I Wielki Wódz nie raz wybierał się na rajd po kindle storze, wchodząc w dział SF/fantasy i ustawiając kolejność od najniższej ceny, i pobierając po dwadzieścia, po trzydzieści, ile wlezie. Do tego dochodzi wrzucanie książek z innych źródeł. O, tu można pobrać jakieś darmowe pierdoły, sru na kindla! O, podręcznik użytkownika czegośtam jest w mobi, sru na kindla! O, jakaś gra RPG jest do pobrania w mobi... wiecie o co chodzi.

Po pewnym czasie trzeba zatem zacząć robić porządki - tworzyć kategorie. Sześćdziesiąt siedem tu, pięćdziesiąt osiem tam. I człowiek zaczyna łazić z dwoma setkami książek w kieszeni, a jak chce czytać, to nie wie za co się złapać. Skutek? Wszystkie zaczęte, żadna nie skończona. No ale jak tu wywalić, przecież kiedyś na pewno się za to zabiorę!

Sekret na dzisiaj: nie można przeczytać wszystkiego. Podobnie nie można obejrzeć wszystkich seriali i zagrać we wszystkie gry. Jak kiedyś się na pewno zabiorę, to nie zabiorę się nigdy - za duży wybór to żaden wybór, i w końcu nie robi się nic. Żeby jednak zrobić coś, trzeba dokonać jakiejś selekcji. Jak to zrobić?

Ja to zrobiłem tak: dla każdej książki na kindlu zadałem sobie serię pytań: 

1. Czy naprawdę kiedykolwiek chciałem to przeczytać, czy pobrałem tylko dlatego, że było za darmo?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. Tak poszła chyba jedna trzecia tego co miałem w czytniku.

Jeżeli NIE:

2. Czy to jest część jakiejś tasiemcowej serii, której nigdy w życiu nie zmęczę i nawet nie chcę o tym myśleć?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. Tak poszła kolejna jedna trzecia.

Jeżeli NIE:

3. Czy jest to książka fantasy napisana przez autorkę, w której protagonistką jest jakaś rozwydrzona laska, a wszyscy zachowują się jak w dwudziestym pierwszym wieku, tylko noszą dziwne ubrania*, która to książka jakimś cudem się ostała po przefiltrowaniu przez poprzednie dwa pytania?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. To były już niedobitki.

Jeżeli NIE:

4. Czy zamierzam to przeczytać później niż w ciągu najbliższych paru miesięcy?

Jeżeli TAK - wypieprzyć. 

Jeżeli NIE - zostaje!

I tak z ponad 200 zszedłem do 33 książek na kindlu. 10 z nich to seria "AMBER" Zelaznego, którą zamierzam tym razem pochłonąć do końca. I mogłem wywalić wszystkie kolekcje, bo książki mieszczą mi się teraz na paru pulpitach, a po ograniczeniu wyboru mój oczopląs zmalał do poziomów ogarnialnych. Hurraaa!!!

*No offence dla wszelakich autorek, po prostu trafiłem na taką ilość tego typu szmir, że to przestało być śmieszne.